[ Pobierz całość w formacie PDF ]

wewnętrznie rozbita, jakbym czegoś lub kogoś poszukiwała?
- A skąd ja mam to wiedzieć - odpowiedziała babcia, nie podnosząc powiek.
- Bo jesteś moją babcią.
- Pomyliłaś mnie z kimś innym. Myślisz, że nie znam swojej babci?
Powiedziała  babci", a nie  wnuczki". Chyba nie miała już pojęcia, o czym mówi.
- Dzwoniła do mnie dzisiaj, wiesz? - odezwała się Nina Mae.
- Kto?
- Moja babcia. Zapytała się, czy przyjdę do niej w odwiedziny. Odpowiedziałam, że nie mogę, bo
jestem tutaj potrzebna.
Eve poczuła gęsią skórkę na ramionach. Wiedziała od pielęgniarek, że przed śmiercią
pensjona-riuszki często opowiadają o swoich rozmowach z przodkami, mówią o powrocie do domu z
czasów dzieciństwa.
Eve nie chciała stracić babci, choć w pewnym sensie już ją straciła...
126
B. J. DANIELS
Pogłaskała dłoń babci. Nina Mae, uspokojona, zasnęła, cicho pochrapując.
Eve poczuła nagły chłód, mimo że w pokoju było gorąco. Przed chwilą była przekonana, że babcia ją
rozpoznała, że powróciła jej na chwilę pamięć i świadomość, kim ona jest. Tak jak ostatnio, gdy
pokazała jej broszkę z kryształami górskimi. Rozpoznała broszkę i wspominała dawne, dobre czasy.
Ale tylko przez chwilę.
Eve miała wiele pytań, na które babcia już nie potrafiła jej odpowiedzieć.
Czy nie było jednak możliwe, że Nina Mae wyjawiła jej prawdę, nawet nie zdając sobie z tego
sprawy?
Dlaczego Eve, będąc małą dziewczynką, ciągle podejrzewała, że jest adoptowana?
Jednak na jej akcie urodzenia widniała data piątego lutego tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego piąte-
go roku, miejsce urodzenia: dom. Miejscowy lekarz, doktor Holloway, specjalnie jechał do domu
Baileyów w czasie zamieci śnieżnej, by przyjąć poród.
Z lękiem w sercu Eve przypomniała sobie datę ostatniego zapisu w księdze lotów znalezionej w roz-
bitym samolocie - siódmego lutego tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego piątego roku...
Dwa dni pózniej...
W drodze do domu Eve znowu zaczęła myśleć o Carterze. Uznała, że jej powrót w rodzinne strony nie
miał nic wspólnego z jego rozwodem. Absolutnie nic. Przecież on i tak wróci do Deeny. Zawsze
wracał. Szybka wyrzuciła go ze swoich myśli.
Szkoda, że nie potrafiła równie skutecznie wyrzu
WWZ ZMIERCI
127
cić ze swoich myśli wspomnienia o samolocie odnalezionym w wąwozie. Albo o broszce ze sztucznej
biżuterii. Nie potrafiła też przestać myśleć o tym, że jej babcia musiała być na pokładzie rozbitego
samolotu. A to oznaczało, że...
No właśnie. Co to oznaczało?
Przypomniała sobie o spotkaniu Bridgera Duvalla. Będzie musiała powiedzieć Carterowi, że widziała
go w domu opieki. Była pewna, że to on zabrał zdjęcie z albumu babci. Ale po co mu było zdjęcie
babci z nią, jako niemowlęciem?
Aż ją głowa zaczęła boleć od tych ciągłych prób zrozumienia, co tu się dzieje. Chciała zapytać ojca,
ale ojciec stał się taki... jakiś zupełnie inny. Przypomniała sobie, jaki uśmiech na twarzy ojca
wywołało pojawienie się Susie. Z bólem serca zrozumiała, że ojciec będzie szczęśliwszy z Susie w
Whitehorse niż na ranczu z matką.
Czy on dowiedział się o związku Liii z Errolem? Czy to dlatego wyprowadził się z domu? Bała się go
0 to zapytać. Nie chciała być tą osobą, która pierwsza powiedziałaby mu o romansie matki, gdyby
okazało się, że nie miał o nim pojęcia. A zresztą, pewnie ojciec
1 tak nie chciałby rozmawiać na ten temat z córką. Był skrytym człowiekiem, nie uzewnętrzniał
swoich uczuć i nigdy nie było wiadomo, co on naprawdę myśli.
Zupełnie jak matka Eve. I babcia.
Max Roswell podał Carterowi przezroczystą torebkę plastikową. Szeryf z niedowierzaniem
przyglądał się jej zawartości.
128
B. J. DANIELS
- To znalazłeś w samolocie?
Była to szczoteczka do włosów dla niemowlęcia. Miała żółtą rączkę, a w jej białym włosiu widać' było
kilka miękkich jak puch ciemnych włoskowi dziecka.
Carter przeniósł wzrok na Roswella.
- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że...
- Na pokładzie było dziecko - dokończył Max, siadając na krześle naprzeciwko Cartera. - Zna4
lezliśmy także coś, co było używaną tetrową pieluszką.
Carter skrzywił się.
- Dziecko nie przeżyłoby takiego wypadku.
- To zależy, czy było w jakiejś kołysce albo nosidełku, przypiętym pasami. I chyba tak właśnie było,
sądząc po ułożeniu pasów na tylnych siedzeniach. - Max wyciągnął następną torebkę i podał
szeryfowi. W torebce była plastikowa tubka z napisem z boku:  Soczysta czerwień".
- Szminka? Więc można sądzić, że na pokładzie była także kobieta? - Carter próbował udać zdziwie-
nie, ale nie wypadł przekonywająco, bo natychmiast skojarzył szminkę z broszką i historią
opowiedzianą przez Eve.
- Tak. Kobieta i dziecko - odpowiedział Max. A więc Eve miała rację, mówiąc, że jej babcia była
na pokładzie tego samolotu. Ale skąd tam się wzięło niemowlę?
- Myślisz, że mogli przeżyć? To był środek zimy, a najbliższe domostwo było odległe o całe mile.
- Sądzę, że ktoś na nich czekał.
- Ale przecież przy przełomach nie ma żadnego
WWZ ZMIERCI
129
lądowiska... - Carter zamilkł, widząc skupiony na sobie wzrok Roswella.
- Można przypuszczać, że samolot zboczył z kursu - tłumaczył Max. - Ale nie o dwadzieścia
kilometrów. Ten samolot nie kierował się na lotnisko w Whitehorse...
Carter domyślał się, do czego zmierza i postanowił wyprzedzić jego cios w brzuch.
- Myślisz, że pilot zamierzał wylądować na pasie startowym na ranczo moich rodziców? W lutym?
- Sprawdziłem pogodę. Zima w siedemdziesiątym piątym nie była ostra i pewnie nie było dużej
pokrywy śniegu. Gdy leciałem do ciebie, przeleciałem nad tym starym pasem startowym i
zauważyłem, że jest równoległy do urwiska, więc śnieg prawdopodobnie był wydmuchany przez
wiatr. Mogę tylko przypuszczać, że twój ojciec i dziadek celowo właśnie tak umiejscowili pas, nie
uważasz?
Carter nic nie odpowiedział, przypominając sobie rozmowę z ojcem.
- Siódmego lutego tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego piątego póznym popołudniem nad tą okolicą
przechodziła nawałnica śnieżna - wyjaśniał dalej Max. - Przypuszczalnie to przez nią rozbił się
samolot. Nie dotarł do lądowiska i skończył swój lot w wąwozie.
- Jesteś pewien, że to był siódmy lutego tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego piątego?
Max skinął potakująco głową.
- Znalazłem paragon za zakup paliwa lotniczego z tą datą. Był wypłowiały, ale nadal czytelny.
Carter milczał. Bał się, że Max za chwilę powie, że któryś z Jacksonów leciał tym samolotem.
130
B. J. DANIELS
- Znalezliśmy jeszcze coś. Mamy dowody, że tym samolotem transportowano narkotyki.
Narkotyki?
Carter wpatrywał się w Roswella, niczego z tego nie rozumiejąc.
Kobieta z niemowlęciem i narkotyki w jednym samolocie? To niemożliwe, żeby babcia Eve była
zamieszana w handel narkotykami. Nina Mae miała opinię bardzo moralnej kobiety. Zawsze była
czysta jak łza. Nie uznawała narkotyków, a co dopiero handlu nimi. [ Pobierz całość w formacie PDF ]




 

Powered by WordPress dla [Nie kocha się ojca ani matki ani żony ani dzieca, lecz kocha się przyjemne uczucia, które w nas wzbudzają]. Design by Free WordPress Themes.