[ Pobierz całość w formacie PDF ]

ciu. Błękit nieba roztaczał nade mną swój przecudny namiot. Nie było tam ani słońca, ani
księżyca, ani gwiazd, tylko jakaś dziwnie miła jasność, a powietrze tchnęło niby wonią, czy
świeżością, czego opisać nie umiem.
Jasność ta rozlewała się ze sklepień niebieskich, rosła, potężniała tak, iż oczy spuścić mu-
siałem, a gdy je znowu wzniosłem na chwilę w górę, ujrzałem krzyż promienisty.
Padłem na twarz, nie śmiejąc prawie oddychać, gdy wtem głos słodszy, aniżeli wszystkie
ziemskie melodie, zabrzmiał z góry:
Wzywaj mię w dzień utrapienia, a wyrwę cię, i czcić mię będziesz.
Obudziłem się, wszystko zniknęło.
Nie wiem, nie umiem powiedzieć, co się działo w mej duszy. Radość, nadzieja, żal, skru-
cha, bojazń, ufność w Bogu, wszystko to razem przeniknęło moją istotę.
 O, Boże! Mój Boże! Mój Boże, zawołałem, dzwigając się na kolana.  O, Ojcze mój,
jakże Ty dobry jesteś! Tyle lat zapomniałem o Tobie, Stwórco mój najlepszy, nie dziękowa-
łem za Twe dobrodziejstwa, a Ty jeszcze mi pozwalasz poznać moje winy i żałować za nie!
O, Panie mój! Jeżeli to jest ostatnia choroba moja, jeżeli mam umrzeć, pozwólże mi choć
tak długo żyć, abym mógł szczerze żałować za grzechy moje i Twój przebłagać majestat. O,
Boże, wzywam Cię w dniu utrapienia mojego, wyrwij mię...
Nie mogłem dokończyć modlitwy, potok łez zalał wyrazy, wzniosłem ręce ku niebu i pła-
kałem jak dziecko, zanosząc się i łkając.
Modlitwa wyczerpała resztę sił moich. Czarne płatki wzrok mi zaćmiły, zaszumiało w
uszach, padłem jak nieżywy.
46
XIX
Podwójne przebudzenie się. Niespodziewani goście. Skutek
snów. Rozważanie dotychczasowego życia. %7łal i poprawa. Przyby-
tek Pański.
Kiedy odzyskałem zmysły, a raczej przebudziłem się z głębokiego snu, sam nie wiem. Czy
spałem noc, czy więcej, nie mogłem zgadnąć. Zdaje mi się że musiałem bardzo długo być
pogrążony w letargu czy śnie, bo sił mi tyle przybyło, że łatwo podniosłem się z posłania.
Za długością snu przemawiało wycieńczenie i wychudzenie członków i całego ciała. Co
mnie najbardziej zadziwiło, to obecność trzech kóz w mojej zagrodzie. Skąd one się tu wzię-
ły? Biedne stworzenia wcale się nie lękały. Jedna nawet przybliżyła się ku mnie, przypatrując
się ciekawie.
Pózniej dopiero rozwiązałem tę zagadkę. Kozy snadz wdarły się na skałę ponad jaskinię,
zeszły na mur, a skoczywszy z niego do środka zagrody, nie mogły znalezć wyjścia. Mur był
zupełnie pionowy, a zatem wdrapać się nań nie mogły. Głód z braku paszy tak je osłabił, że
straciły wrodzoną dzikość.
W tej chwili jednak co innego mnie zajmowało.
Głód potężnie dokuczał. Wyczołgałem się z jaskini i założywszy z wielkim wysiłkiem
wejście kamieniami, ażeby kozy nie uciekły, poszedłem bardzo wolnym krokiem ku zaro-
ślom. Pizangi tam się znajdowały, ale nie miałem siły wdrapać się po nie. Porzuciłem ten za-
miar i powlokłem się nad brzeg morski dla poszukania ostryg. Na szczęście dość daleko jesz-
cze od morza natrafiłem na gniazdo szyldkretów, a parę jaj pokrzepiło mnie bardzo.
Posiliwszy się, usiadłem na wzgórku i począłem rozważać wszystko, co mnie od początku
choroby spotkało. Wiedziałem, że podwójne moje widzenie było tylko marzeniem, ale jakże
cudownym marzeniem. Wyraznie rozpoznać można w nim było łaskę Stwórcy, pociągającego
mnie ku sobie. Jakież to było moje dotychczasowe życie?
Kiedym po raz pierwszy objawił ojcu chęć puszczenia się na morze, powiedział mi owe
pamiętne słowa: kto nie słucha rodziców, temu nigdy Bóg błogosławienie będzie, ten marnie
zginie.
Czyż te święte wyrazy jego nie spełniły się prawie zupełnie? Wzgardziłem twą przestrogą,
drogi mój ojcze, zawołałem ze łzami, sprawiedliwość Boża dosięgnęła mię. Mogłem przy
was, najmilsi rodzice, być tak szczęśliwym i spokojnym, być wam pomocą i opieką w pode-
szłym wieku, a zamiast tego wtrąciłem was w przepaść smutku i zatrułem ostatki dni wa-
szych. O, jeszcze Bóg dobry obszedł się ze mną zanadto łaskawie. Na stokroć większe zasłu-
żyłem kary.
 Czyż chociaż raz wzniosłem myśli moje do Ciebie, Stwórco mój, mówiłem w głos ze
łzami. Czyż podziękowałem Ci chociaż za jedno dobrodziejstwo? A przecież Ty stworzyłeś
ten cały świat i utrzymujesz w takim porządku. Tyś stworzył tę ziemię, na której znalazłem
ocalenie, zródła, które mnie napoiły, owoce, które mnie ocaliły od śmierci z głodu. Twoim
dziwnym zrządzeniem wpadły do mojej zagrody kozy, mogące mi tyle przynieść pożytku.
Tyś mnie ocalił z rozbitego okrętu w Yarmouth, wstrzymał miecze korsarzy nad moją głową,
wybawił z niewoli mauretańskiej i na drogę mą sprowadził okręt, który mnie z Ksurym wy-
bawił z oceanowych przepaści. Tyś mnie ochronił spośród dwudziestu dwóch mych towarzy-
szy i samemu tylko życie zachować dozwolił. A ja, ślepy, tego wszystkiego nie widziałem i
nieraz, zamiast dziękować, bluzniłem Ci, Panie mój, słowami rozpaczy!
47
O, Panie mój, nędzny jestem człowiek i nic Ci dać nie mogę, bo wszystko, co posiadam,
jest Twą własnością, ale racz przyjąć ode mnie skruszone serce, przejęte miłością dla Ciebie,
szczery żal i chęć poprawy, którą racz swoją łaską wesprzeć.
Pokrzepiony tą modlitwą i postanowieniem, zwróciłem się ku domowi. Przyszedłszy pod
zagrodę, usłyszałem beczenie kóz, snadz bardzo zgłodniałych. Na ile mi sił starczyło, naści-
nałem trawy i zaniosłem biednym stworzeniom. Brały ją z rąk moich i jadły z niezmiernym
apetytem, a gdym odszedł, szły za mną, becząc żałośnie, jak gdyby dopominały się strawy.
Napoiłem je z muszli, a robota ta tak mi wyczerpała siły, że ległem jak nieżywy na posła-
niu.
Przespawszy parę godzin, doznałem uczucia głodu.
 Mój Boże, zawołałem głośno, czymże się nędzny posilę? Ani kukurydzy, ani pizangów
jeść nie mogę. Mięsa nie mam, a choćbym je nawet miał, nie wiem, czy by mi przeszło przez
gardło.
Wtem przypadkiem rzuciłem wzrok na kozy, których wydęte wymiona świadczyły, że
mleko w nich być musi. Mleko? Ach, sama myśl dostania go napełniła mię niewypowiedzia-
ną radością. Udałem się znowu za ogrodzenie i nazbierałem trawy. Wróciwszy, ułożyłem pęk
na kamieniu na łokieć wysokim, a gdy koza zaczęła w najlepsze jeść trawę, wziąłem się do
dojenia. Poczciwe stworzenie nie broniło się wcale. Otrzymałem z półtorej kwaterki mleka do
podstawionej muszli.
Nikt nie jest w stanie wypowiedzieć mojej rozkoszy, kiedym się letnim posilił mlekiem.
Od sześciu miesięcy nie miałem go w ustach, nie kosztowałem żadnego innego napoju, [ Pobierz całość w formacie PDF ]




 

Powered by WordPress dla [Nie kocha się ojca ani matki ani żony ani dzieca, lecz kocha się przyjemne uczucia, które w nas wzbudzają]. Design by Free WordPress Themes.