[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Nie przerwałam ataku, zanim odzyskał równowagę, znalazłam się już za nim. W turniejowych sztukach walk przeciwnicy zwykle znajdują się
twarzami do siebie, jednak nasza szkoła dopuszczała także ciosy z boku i od tyłu - chodziło o to, by unikać broni napastnika. Uderzyłam Lee stopą
pod kolano, powalając na ziemię.
Zanim zareagował, odskoczyłam do tyłu, dając mu możliwość powstania. W końcu był to trening, nie walka na śmierć i życie.
W naszym systemie stosowaliśmy także chwyty zapaśnicze, choć rzadko. W Shi Sei Kai Kan głównie chodzi o to, by powalić przeciwnika i zająć
się kolejnym. Ten styl został stworzony z myślą o sytuacjach, kiedy jeden żołnierz musi walczy z wieloma wrogami.
Walka w zwarciu wystawia na niebezpieczeństwo ataku z innej strony. Poza tym nie miałam ochoty na tak bliski kontakt z Lee.
Krzyknął rozgniewany upokorzeniem i ruszył na mnie. Blok, blok, obrót, unik, trzymałam go na dystans.
- Sensei! Spójrz na Lee! - krzyknął ktoś na sali.
- Dosyć, Lee! - zawołał sensei trenujący z kimś na drugim końcu.
- Wystarczy!
Lee jakby go nie słyszał. Gdybym nie była szybsza niż on, już bym oberwała. Ale ta przewaga pozwalała mi unikać jego ciosów.
Przynajmniej do momentu, gdy nie zgubiła mnie zbytnia pewność siebie.
Dałam się nabrać na markowane uderzenie prawą ręką i w efekcie Lee powalił mnie ciosem w przeponę z lewej. Ignorując brak tchu, przetoczyłam
się i chwiejnie poderwałam na nogi. Przy okazji kątem oka dostrzegłam stojącego w drzwiach dojo Adama. Ubrany w garnitur, stał z założonymi na
piersiach rękoma, jakby czekał, aż poradzę sobie z Lee.
I chyba to jego widok właśnie podsunął mi rozwiązanie. Sporo czasu spędziłam w dojo Adama, czyli w garażu, trenując wysokie kopnięcia okrężne.
Cios ten miał za zadanie strącić przeciwnika z konia i w zasadzie był poświęceniem żołnierza, bo przy czymś takim uszkodzenie stopy jest niemal
pewne. Jednak ponieważ konny miał
większą przewagę niż wojownik piechoty, poświęcenie takie się opłacało. W obecnych czasach kopnięcie wykonuje się raczej na pokaz - w starciu
z doświadczonym przeciwnikiem znajdującym się na ziemi jest zbyt wolne, obliczone bardziej na popis niż faktyczną ofensywę. Zbyt wolne, chyba
że jest się czasami kojotem i posiada nadprzyrodzoną szybkość. Lee nie mógł się spodziewać, że je zastosuję.
Moja pięta zderzyła się ze szczęką Lee, jeszcze zanim umysł
przetworzył do końca proces decyzyjny. Runęłam obok, ciężko dysząc po uderzeniu w przeponę. Sensei przypadł do Lee, sprawdzając, czy nic mu
nie jest. Adam położył mi dłoń na brzuchu i rozprostował nogi, aby ułatwić oddychanie.
- Niezle - pochwalił. - Szkoda, że wyhamowałaś w ostatniej chwili. Jeśli ktoś zasłużył na utratę głowy, to... - Nie żartował. Gdyby włożył w tę
wypowiedz cień więcej emocji, zaczęłabym się martwić.
- Co z nim? - spróbowałam zapytać. Zrozumiał.
- Nieprzytomny, ale nic mu nie będzie. Należało mu się więcej niż lekki ból karku.
- Masz rację, wycofała się - potwierdził sensei. - A stopę ustawiła pod odpowiednim kątem do ciosu turniejowego. - Unieruchomił Lee, póki ten nie
zaczął jęczeć i się poruszać. Sensei popatrzył na mnie spod zmarszczonych brwi. - Postąpiłaś głupio, Mercy. Jak brzmi pierwsza zasada walki?
Nareszcie odzyskałam głos.
- Najlepszą obroną są szybkie buty - wyrecytowałam.
- Właśnie - przytaknął. - Kiedy zobaczyłaś, że stracił kontrolę, a musiałaś zorientować się jakieś dwie minuty wcześniej niż ja, bo pomagałem
Gibbsowi z kopnięciem opadającym, powinnaś wołać o pomoc i uciekać od niego. Niepotrzebnie to ciągnęłaś, pozwalając, by komuś stała się
krzywda.
- Patrz, sensei, jak jej przykro - zawołał stojący z boku Gibbs, inny brązowy pas. - Pomyliły jej się kierunki i zaczęła uciekać nie w tę stronę.
W sali rozległy się śmiechy, napięcie zelżało. Sensei sprawdził
dokładnie, czy Lee na pewno nic nie jest.
- Usiądz i odpocznij do końca zajęć - nakazał mu. -
Porozmawiamy sobie pózniej.
Lee podniósł się, nie patrząc na mnie ani nikogo innego, i przycupnął w połprzysiadzie, opierając plecy o ścianę.
Sensei wstał, a ja za nim. Spojrzał na Adama, który ukłonił się pierwszy, przykładając pięść do otwartej dłoni. Był w ciemnych okularach, których nie
zauważyłam podczas walki. Większość znanych mi wilkołaków nosiła słoneczne okulary lub kapelusze z rondami, aby ukryć oczy.
- Adam Hauptman - przedstawił się. - Jestem przyjacielem Mercy. Wpadłem poobserwować, jeśli nie ma pan nic przeciwko.
Sensei na co dzień pracował jako księgowy w firmie ubezpieczeniowej, ale tutaj był królem. Popatrzył na Adama spokojnie, pewny siebie.
- Wilkołak - powiedział. Adam był jednym z kilku w stadzie, którzy zdecydowali się ujawnić.
- Hai - potwierdził Adam.
- To dlaczego nie pomogłeś Mercy?
- To twoje dojo, sensei Johanson. - Sensei uniósł brwi i Adam błysnął uśmiechem. - Poza tym widziałem, jak walczy. Jest twarda, jest bystra. Gdyby
uważała, że jest w tarapatach, poprosiłaby o pomoc.
Wyprostowałam się bez większego trudu, choć czułam, że będę miała sińca na brzuchu. Zee się ulotnił. Nie uważał za stosowne zostawać, skoro
Adam przejął opiekę nade mną. I tak wchodząc tu, zmarszczył nos, podrażniony zapachem potu. Jego szczęście, że jesień była dość chłodna, bo
latem czuło się dojo już przecznicę dalej.
Przynajmniej ja czułam. Nie był to dla mnie zapach nieprzyjemny, choć na pewno ostry, jednak od innych trenujących wiedziałam, że ludzie nie
znoszą go prawie tak jak Zee. [ Pobierz całość w formacie PDF ]




 

Powered by WordPress dla [Nie kocha się ojca ani matki ani żony ani dzieca, lecz kocha się przyjemne uczucia, które w nas wzbudzają]. Design by Free WordPress Themes.