[ Pobierz całość w formacie PDF ]

czyła? Przecież nikt nie wyszedł. Kilka minut temu spalał się w ogniu zazdrości, a teraz
odczuwa już tylko strach, strach o Chantal. Chce dla niej uczynić wszystko, lecz nie wie, co
należy uczynić, i to jest nieznośne: nie wie, jak jej pomóc, a przecież pomóc jej może on
jeden, on, on jeden, gdyż Chantal nie ma nikogo innego na świecie, nikogo innego nigdzie na
świecie.
Z twarzą zmoczoną łzami wstaje, robi kilka kroków w stronę domu i wykrzykuje jej imię.
49
Siedemdziesięciolatek przystaje przy Chantal z drugim krzesłem w dłoni: - Dokąd chce
pani odejść?
Zdziwiona, spostrzega go naprzeciw siebie i w tym momencie wielkiej trwogi mocna fala
ciepła wznosi się z głębi jej ciała, wypełnia jej brzuch, jej piersi, pokrywa jej twarz. Jest w
płomieniach. Jest cała naga, jest cała czerwona, i spojrzenie mężczyzny utkwione w jej ciele
każe jej czuć każdą cząsteczkę rozpalonej nagości. Machinalnym gestem kładzie rękę na
piersi, jakby chciała je ukryć. Wewnątrz ciała płomienie szybko pożerają jej odwagę i bunt.
Nagle czuje się zmęczona. Nagle czuje się słaba.
Chwyta ją za ramię, prowadzi do krzesła, i stawia swoje krzesło tuż przed nią. Siedzą
sami, twarzą w twarz, tuż przy sobie, na środku pustego salonu.
Powiew zimnego powietrza obejmuje spocone ciało Chantal. Chantal drży i cieniutkim,
błagającym głosem pyta: - Nie można stąd wyjść?
- Dlaczego nie chce pani zostać ze mną, Anno? - pyta ją tonem pełnym wyrzutu.
- Anno? - zlodowaciała z przerażenia: - Dlaczego nazywa mnie pan Anną?
- Czyż nie jest to pani imię?
- Ja nie jestem Anną.
- Ależ od zawsze znam panią jako Annę!
Z przyległego pokoju dotarł kolejny stukot młotka; odwrócił twarz w tamtą stronę, jakby
wahał się, czy pójść i zażądać ciszy. Zawłaszczyła sobie tę chwilę samotności, aby spróbować
zrozumieć: jest naga, lecz oni ciągle ją rozbierają! Rozbierają ją z jej ja! Rozbierają ją z jej
przeznaczenia! Dadzą jej inne imię, a potem porzucą ją wśród nieznajomych ludzi, którym
nigdy nie będzie mogła wyjaśnić, kim jest.
Nie ma już nadziei, że stąd wyjdzie. Drzwi są zabite gwozdziami. Musi skromnie zacząć
od początku. Początek to jej imię. Chce najpierw osiągnąć niezbędne minimum i doprowadzić
do tego, by mężczyzna naprzeciw nazwał ją jej własnym imieniem, jej prawdziwym
imieniem. To jest pierwsza rzecz, o którą go poprosi. Której zażąda. Ledwo jednak wyznacza
sobie ten cel, stwierdza, że jej imię jest jakby zatrzaśnięte w jej myślach; nie przypomina go
sobie.
Wywołuje to w niej skrajną panikę, lecz Chantal wie, że gra toczy się o jej życie i że
chcąc się bronić, chcąc walczyć, musi za wszelką cenę odzyskać zimną krew; skupia się
żarliwie i usiłuje sobie przypomnieć: na chrzcie dano jej trzy imiona, tak, trzy, używała tylko
jednego, to wie, lecz jakie były te trzy imiona i które z nich zachowała? Mój Boże, musiała
słyszeć to imię tysiące razy!
Wyłania się myśl o mężczyznie, który ją kocha. Gdyby tu był, nazwałby ją jej imieniem.
Jeśliby udało się jej przypomnieć sobie jego twarz, umiałaby być może wyobrazić sobie usta
wymawiające jej imię. Wydaje jej się, że to dobry trop: dotrzeć do swego imienia za
pośrednictwem tego mężczyzny. Próbuje wyobrazić go sobie i raz jeszcze widzi sylwetkę,
która przedziera się przez tłum. Jest to obraz blady, uciekający, i teraz usiłuje go utrzymać,
utrzymać i pogłębić, rozciągnąć na przeszłość: skąd ten mężczyzna przyszedł? jak się znalazł
w tym tłumie? dlaczego się bił?
Usiłuje rozciągnąć wspomnienie i ukazuje się jej ogród, wielki, z willą, gdzie wśród ludzi
dostrzega niskiego, wątłego mężczyznę, i przypomina sobie, że miała z nim dziecko, dziecko,
o którym nie wie nic, z wyjątkiem tego, że zmarło...
- Gdzież to pani teraz przebywa, Anno?
Chantal unosi głowę i widzi kogoś starego, siedzącego przed nią na krześle i w nią
wpatrzonego.
- Moje dziecko nie żyje - mówi. Wspomnienie jest zbyt słabe; właśnie dlatego
wypowiada je na głos; myśli, że uczyni je w ten sposób bardziej rzeczywistym; myśli, że w
ten sposób je przytrzyma niczym kawałek swego życia, które od niej ucieka.
Mężczyzna pochyla się nad nią, chwyta ją za ręce i mówi spokojnie, głosem pełnym
zachęty: - Anno, niechże pani zapomni o swym dziecku, zapomni o zmarłych, pomyśli o
życiu!
Uśmiecha się do niej. Po czym zatacza szeroki gest ręką, jakby chciał wskazać na coś
olbrzymiego i wzniosłego: - %7łycie! %7łycie, Anno, życie!
Ten uśmiech i gest napełniają ją lękiem. Wstaje. Drży. Jej głos drży: - Jakie życie? Co
pan nazywa życiem?
Pytanie, które wypowiedziała bez zastanowienia, przywołuje kolejne: a jeśli to byłaby
śmierć? jeśli to już jest śmierć?
Odpycha krzesło, które sunie po salonie i uderza o ścianę. Chce krzyczeć, lecz nie
znajduje żadnego słowa. Z jej ust wyrywa się długie i niewyrazne aaaaa...
50
- Chantal! Chantal! Chantal!
Zciskał w ramionach jej ciało wstrząsane krzykiem.
- Obudz się! To nie jest naprawdę!
Drżała w jego ramionach i jeszcze parokrotnie mówił jej, że to nie jest naprawdę.
Powtarzała za nim:  Nie, to nie jest naprawdę, to nie jest naprawdę", i powoli, bardzo
powoli się uspokajała.
A ja się zastanawiam: kto śnił? Kto wyśnił tę historię? Kto ją sobie wyobraził? Ona? On?
Oboje? Każde dla siebie? I począwszy od której chwili ich rzeczywiste życie przemieniło się
w tę perfidną fantazję? Kiedy pociąg zanurzył się pod kanałem La Manche? Wcześniej? Tego
ranka, gdy oznajmiła mu, że jedzie do Londynu? Jeszcze wcześniej? W dniu, kiedy w
gabinecie grafologa spotkała kelnera z kawiarni w normandzkim miasteczku? Albo jeszcze
wcześniej? Kiedy Jean-Marc wysłał jej pierwszy list? Ale czy naprawdę wysyłał do niej listy?
Czy też napisał je tylko w swej wyobrazni? Jaka jest owa dokładna chwila, w której to, co
rzeczywiste, przemieniło się w nierzeczywiste, rzeczywistość przemieniła się w sen? Gdzie
była granica? Gdzie jest granica?
51
Widzę ich głowy z profilu, oświetlone przez małą, nocną lampkę: głowę Jean-Marca z
karkiem na poduszce, głowę Chantal pochyloną kilkadziesiąt centymetrów nad nim.
Chantal mówiła: - Nigdy już nie spuszczę cię z oczu. Będę patrzyła na ciebie bez
przerwy.
I po pauzie: - Boję się, kiedy moje oko mruga. Boję się, że w tej sekundzie, w której moje
spojrzenie gaśnie, na twoje miejsce wślizgnie się wąż, szczur, inny mężczyzna.
Usiłował unieść się nieco, aby dotknąć jej warg.
Pokręciła głową: - Nie, chcę tylko na ciebie patrzeć.
I potem: - Zostawię lampę zapaloną przez całą noc. Przez wszystkie noce.
Ukończone we Francji jesienią 1996 roku. [ Pobierz całość w formacie PDF ]




 

Powered by WordPress dla [Nie kocha się ojca ani matki ani żony ani dzieca, lecz kocha się przyjemne uczucia, które w nas wzbudzają]. Design by Free WordPress Themes.