[ Pobierz całość w formacie PDF ]

szczególnie urodziwy. Z tylnej kieszeni wystawał mu portfel, a jeden półbut był niezawiązany.
– Masz rozwiązaną sznurówkę.
Popatrzył na nią, nie zważając na to ani nie schylając się, żeby ją zawiązać.
– Dokąd jedziesz? – zapytał, jakbyśmy się rozstali przed pięcioma minutami.
– Co cię to obchodzi?
– Jeśli cię pytam, to znaczy, że mnie obchodzi.
Znajdował się o kilka metrów od domu i nie był w stanie wejść, żeby się ze mną zobaczyć.
– Nie sądzę – powiedziałam. – Udam, że cię nie widziałam.
Resztki dumy, jakie mi pozostały, przeszkodziły mi w nazwaniu go świnią.
– A ja udam, że nie wysiadłem z samochodu, prawda?
– Będziesz wiedział. Mam wrażenie, że dobrze wiesz, co masz robić, a czego nie.
– Tak, wiem dobrze. I ty także powinnaś, lecz wolisz działać nierozważnie, nie zważając na
konsekwencje.
– Zawsze mi grozisz.
– Jesteś zagrożona, ale to nie ja ci grożę. Powiedziałem ci, żebyś wyjechała, żebyś dała temu
spokój.
Bardzo mi się podobał, żałowałam, że nie jest ojcem mojego dziecka, i wiedziałam także, że
w dniu, kiedy przestanie mi się podobać, znienawidzę go.
– Wszyscy mówicie mi to samo, żebym wyjechała, ale dokąd?
– Wszyscy? Kto jeszcze mówi ci, żebyś wyjechała?
– Tak się tylko mówi. Nie mogę wyjechać, więcej spraw wiąże mnie tutaj niż gdzie indziej.
– No, dalej, przejedziemy się na motorku – powiedział, siadając za mną.
– Dokąd chcesz jechać?
– Pojedziemy do Faro, rozciąga się stamtąd piękny widok.
Wtedy pomyślałam o Juliánie, który właśnie teraz czeka na mnie w Faro.
– Do Faro? Jesteś pewny? Nie wolałbyś pojechać na plażę albo do portu?
– Faro to najspokojniejsze miejsce. Poza tym jest tam wysoka skała, z której będę mógł cię
zrzucić. Nikt cię nie znajdzie, bo to kłamstwo, że morze zawsze oddaje to, co zabiera.
Uruchomiłam silnik motorynki. Wiał wiatr i podczas jazdy miało się wrażenie, że smaga
mocniej. Skręciłam w stronę Faro, nie mogłam ukryć, że dobrze znam tę drogę, mogłam nią
jeździć niemal z zamkniętymi oczami. Jechałam jednak najwolniej, jak mogłam, byłam
zachwycona, czując za sobą Alberta. Osłaniał mnie przed wiatrem, ochraniał mnie, niemożliwe,
żeby przyszło mu do głowy zrobić mi coś złego. Miałam wrażenie, że cały czas, kiedy nie byłam
z nim, był czasem straconym, czasem próby.
Po dotarciu na esplanadę nie miałam innego wyjścia, jak zatrzymać się. Zobaczyłam
samochód Juliána, który pewnie siedział w lodziarni i może widział przez okno, jak podchodzę.
Mogłabym powiedzieć Albertowi, żeby poczekał na mnie chwilę, gdyż muszę iść do toalety, i
wykorzystać to na danie Juliánowi jakiegoś znaku, lecz nie chciałam stracić ani chwili z nim,
toteż pozwoliłam, żeby Julián się znudził i w końcu odjechał, albo robił, co może. Oczywiście nie
zamierzałam zepsuć tej chwili, która mi się trafiła, gdy najmniej się tego spodziewałam.
Przeszliśmy pomiędzy dzikimi palmami, stąpając po kamieniach i pokruszonych skałach
niemal nad skraj przepaści. Z tamtego miejsca rozciągało się niezmierzone morze, w
przeważającej części błękitne, a w niektórych miejscach zielone, w oddali łącząc się z niebem. [ Pobierz całość w formacie PDF ]




 

Powered by WordPress dla [Nie kocha się ojca ani matki ani żony ani dzieca, lecz kocha się przyjemne uczucia, które w nas wzbudzają]. Design by Free WordPress Themes.