[ Pobierz całość w formacie PDF ]

bezbrzeżnego żalu.
Korzecki wziął w rękę pakunek przyniesiony przez mokrego drapichrusta i
szedł w górę po schodach. Gdy na ich szczycie ujrzał Judyma, żachnął się i
ostrym głosem krzyknął:
 Co tu robicie?
 Myślałem, że to może do mnie z poczty&
 Nie, nie& Co znowu! To ten głupiec, przemytnik.
 Przemytnik?
 Tak. Dowiedział się od kogoś, że tu jestem& Widzicie, jakie to nerwy! Nie
myślałem, że was tu zastanę, i od razu& Piękny głosik ze siebie wydobyłem,
ani słowa& Samemu głupio go usłyszeć, a cóż dopiero mówić o delikatnych
bliznich.
 Przepraszam was, bo to ja niepotrzebnie&
 Ale gdzież tam! Przemytnik&  mówił szeptem.  W Katowicach dwa tygodnie
temu zostawiłem paczkę kortu na ubranie. Kupiłem ten kort w Krakowie.
Bardzo lubię taki gatunek. Może i wy wezmiecie dla siebie. Nie chciało mi
się płacić. Szepnąłem temu frantowi, żeby mi to przyniósł którego dnia.
Dziś miał chwilę pomyślną, więc mię aż tu wygrzebał.
 Ten człowiek się rozchoruje. Widziałem, jak drży.
 Tak sądzicie?
 Cóż tu sądzić?
 Trzeba mu dać kieliszek wódki. Trzeba co prędzej. Człowiek się
rozchoruje!
Poszedł prędko i zdybawszy przy drzwiach stołowego pokoju lokaja mówił:
 Mój bracie, wez też z łaski swej i wynieś człowiekowi, co tam stoi,
kieliszek wódki. Daj mu, wiesz, zresztą dwa kieliszki, a nawet trzy.
 Niech wypije trzy kieliszki&  dorzucił Judym.
 Wiecie co, doktorze, bądzcie tak dobrzy i sami mu zanieście. Zobaczycie,
czy w samej rzeczy tak przeziąbł&
 Z chęcią&
Judym wziął z rąk lokaja ozdobną flaszkę z wódką, kieliszek, świecę i
zeszedł po schodach.
Przemytnik stał w ciemności.
Zdawał się drzemać&
Judym postawił świecę na ziemi i nalał płynu w kryształową lampkę.
Wtedy drab podniósł głowę i otworzył oczy.
Były to duże, jasnoniebieskie oczy&
Ręka Judyma, w której trzymał kubek, zdrętwiała jakby od gwałtownego zimna.
Przemytnik wypił chciwie jeden kieliszek, drugi, trzeci. Potem, nie
kiwnąwszy głową, otworzył drzwi i znikł w czarnej czeluści nocy, którą
zalewała nawałnica.
We dwie godziny pózniej Judym wracał z Korzeckim do domu powozem. Deszcz
ustał. Była ciemna noc, pełna oparu i wstrętnego chłodu. W mroku
niezdobytym zdawały się chodzić cielska mgliste, białawe, zgniłych
wyziewów. Drogi były zalane wodą, która spod kół z wrzeszczącym sykiem
rozlatywała się na wsze strony. Gdy wyjechali z zaułków, Korzecki wstał ze
swego miejsca i trzymając się rękoma sztaby przedniego siedzenia coś
furmanowi tłumaczył. Siadając rzekł do Judyma:
 Może zechcecie przejechać się? Czas pyszny! Wilgoć&
Po chwili dodał:
 Możemy jechać do krawca, któremu oddam zaraz ten materiał na ubranie. Po
co to mam trzymać w domu? Nieprawdaż? Miejsce tylko zawala i nic więcej&
 Jak uważacie. Co do mnie, to przejechałbym się z ochotą.
 Więc wal, bracie, a ostro, ostro& Dostaniesz tylego rubla jak przednie
koło.
Konie, ściągnięte batem, skoczyły z miejsca i poszły. Jechali dosyć długo,
w milczeniu.
W pewnym miejscu ukazały się lampy elektryczne otoczone grubymi mgłami.
Zwiatło zanurzone tworzyło dokoła siebie kręgi smutne niby obwódki, które
są cieniami oczu ludzi chorych. Między drogą a tym światłem leżały jakieś
martwe wody. Sinawe lśnienie pełzało po ciemnych falach płaskiego
zawaliska. Szło z biegiem powozu, biegło z nim, jakby pewna wskazówka
ostra, z ciemności nocnej wychodząca.
 Gdzie my jesteśmy?
 Nad kopalnią.
 A skąd tu ta woda?
 Pokład węgla jest tu bardzo gruby, ale w głębokości paruset metrów. Ten
węgiel jest już wybrany. Ziemia się osunęła w próżnię, wgięła się jej
powierzchnia. Teraz w takiej miednicy gromadzi się woda.
Umilkł. Znowu jechali długo, nic do siebie nie mówiąc. Byli w jakichś
polach. Korzecki siedział wtulony w kąt trzymając na kolanach swój pakunek.
Zaczął coś szeptać.
 Co powiadacie?  zapytał doktor.
 Nic, ja tak do siebie często mamroczę. Czy pamiętacie taki wiersz:
%7łem prawie nie znał rodzinnego domu,
%7łem był jak pielgrzym, co się w drodze trudzi
Przy blaskach gromu&
Judym nic nie odpowiedział.
  %7łem był & Co za straszne słowo!&
Była to niewymowna minuta wcielenia się dwu ludzi w jedno&
Korzecki odezwał się pierwszy:
 Musiały wam się głupimi wydawać moje dzisiejsze popisy. Paplałem jak
pensjonarka.
 Jeżeli mam prawdę powiedzieć&
 Właśnie. Ale to było konieczne. Miałem w tym swój interes. Czy nie
rozumieliście, o co mi chodzi?
 Były chwile, że doświadczałem wrażenia, jakbyście mówili na przekór
sobie.
 A gdzież tam! To nie. [ Pobierz całość w formacie PDF ]




 

Powered by WordPress dla [Nie kocha się ojca ani matki ani żony ani dzieca, lecz kocha się przyjemne uczucia, które w nas wzbudzają]. Design by Free WordPress Themes.