[ Pobierz całość w formacie PDF ]

W języku Tarzana oznacza to murzynów.
- Czarny zamordował Kalę. Oni są wielkimi nieprzyjaciółmi Manganich.
Werper nie miał najmniejszej ochoty stawać do nierównej walki z dzielnymi wojownikami
Basulego. Pragnął przy tym, by wojownicy donieśli skarb aż do bungalowu Greystoke'ów - aby
móc wyśledzić, w którym miejscu schowają oni złoto i w ten sposób ułatwić Achmedowi Zekowi
odnalezienie go. Przekonał więc Tarzana, że lepiej byłoby pozostawiając czarnych ludzi w spokoju,
iść ich śladem; wówczas zajdą z pewnością do miejscowości obfitującej we wszelkiego rodzaju
zwierzynę.
Po kilku dniach forsownego marszu Tarzan i Werper ujrzeli przed sobą rozległe równiny
kraju Wazyrów. Przebiegała tam długa i kręta rzeka, okolona pasmem widniejących z oddali
ciemnych borów.
Belg rozglądał się po okolicy ze zdumieniem. Gdzież był bungalow Greystoke'ów?
Pogorzelisko, dookoła woń rozkładających się ludzkich szczątków, pola i łąki zrównane z ziemią -
oto jaki widok ukazał się jego oczom. To dzieło Achmeda Zeka: w mózgu zbrodniczego wspólnika
Araba zaświtała myśl...
Basuli i jego towarzysze już z oddali zauważyli dzieło zniszczenia. Podbiegli czym prędzej
na miejsce. Basuli, rozejrzawszy się dokładnie, rzekł do towarzyszy:
- To sprawa Arabów.
- Ale gdzie jest Lady? - zagadnął jeden z czarnych (tak bowiem nazywali między sobą Lady
Greystoke).
- Zabrali kobiety ze sobą - objaśnił Basuli. - Nasze kobiety i jego żonę.
Jeden z wojowników wydał okrzyk pełen wściekłości.
Basuli uciszył go ruchem ręki.
- NIe pora teraz popadać w rozpacz - powiedział. - Wielki Bwana nauczył nas, że czynem,
nie słowem, dokonuje się dzieła. Wytchnijmy nieco a potem pogonimy w ślad za Arabami i
wymordujemy ich. Jeżeli "Lady" i nasze kobiety są jeszcze przy życiu.
Tarzan i Werper, ukryci wśród trzcin nad rzeką, przypatrywali się czarnym. Widzieli jak ci
wykopują dół, w który składają złoto - przykrywają go następnie rozkopaną ziemią.
Tarzan, którego Werper zapewnił że to, co zakopywali Wazyrowie nie było zdatne do
jedzenia, nie okazywał zainteresowania ich czynnością. Inaczej rzecz się miała z Werperem, który
żałował, że jego drużyna się rozproszyła. Biadał nad tym, że nie miał pomocnika, aby móc
wygrzebać i przenieść złoto, skoro tylko Wazyrowie znikną z oczu. Znając usposobienie bitnych
wojowników domyślał się, że zechcą puścić się w pogoń za Arabami, aby odbić swoje kobiety.
Postanowił udać się do Achmeda Zeka, by go przestrzec o zbliżaniu się Basulego i jego towarzyszy
- jak również powiadomić go o ukrytym skarbie. To, co Arab uczyni teraz z Lady Greystoke, ze
względu na obłęd jej męża, nie obchodziło go wcale. Nie mógł jednak zapomnieć o klejnotach,
znajdujących się w kołczanie Tarzana. %7łądza ich posiadania wzrastała w nim z każdą chwilą.
Wiedział jednak, że nie może mierzyć się z olbrzymią siłą człowieka-małpy; gubił się więc
w myślach jak dosięgnąć celu. Gryzł się widząc, że pragnienie jego musi pozostać niespełnione.
Gdy tak leżał wsparty na ręku, rozmyślając nad swoją bezradnością, poczuł na sobie
podejrzliwy wzrok Tarzana. Udał więc że zasypia, wydając z siebie głośne chrapanie. Tarzan
tymczasem zastanawiał się nad sposobem zabezpieczenia swoich błyskotek przed ludzkim
wzrokiem. Widział przed chwilą jak Wazyrowie zakopywali swoje skarby, postanowił więc
uczynić to samo. Przekonawszy się, że towarzysz śpi smacznie, wziął swój kołczan i,
wygrzebawszy w ziemi dołek, ukrył tam skarb wraz z kołczanem, przykrywając go piaskiem.
Werper, widząc to, omal nie krzyknął z radości. Zapomniał przez chwilę o chrapaniu - czując
jednak na sobie grozne spojrzenie człowieka-małpy bąknął, niby przez sen, kilka niezrozumiałych
wyrazów; przeciągnął się i przewrócił na drugi bok, chrapiąc znowu. Dopiero po godzinie Werper
poruszył się znowu i otworzył oczy. Człowiek-małpa spał smacznie. Werper mógł ręką dosięgnąć
miejsca, w którym został zakopany kołczan. Wydobył go stamtąd ostrożnie i zasypał dołek ziemią,
ukrywając następnie skarb w zanadrzu.
Zadrżał nagle cały na myśl o tym, jakie jego czyn pociągnie skutki. Już prawie poczuł białe
zęby Tarzana, w swoim karku... Nagle w oddali rozbrzmiał ryk lamparta. Werper lękał się
wprawdzie dzikich zwierząt, ale jeszcze bardziej obawiał się ludzkiego zwierzęcia, śpiącego tuż
przy nim. Belg powstał z wielką ostrożnością. Tarzan ani drgnął. Oddalił się o parę kroków;
wymacawszy jednak nóż ofiarny, zwisający mu u pasa, zawrócił do śpiącego Tarzana.
- Dlaczegóż z nim nie skończyć? - rzekł do siebie. - Byłbym wówczas wolny.
Pochylił się nad człowiekiem-małpą, zaciskając w dłoni ofiarny nóż arcykapłanki
płonącego bożka.
Rozdział X Achmed Zek spostrzega klejnoty
Mugambi, osłabiony i pokryty ranami, wlókł się szlakiem uciekających najezdzców. Dzika
nienawiść wobec wrogów i żądza zemsty dodawała mu sił - wkrótce też jego odporny organizm
wziął górę nad osłabieniem. %7łar afrykańskiego słońca zabliznił rany i olbrzymi Murzyn szedł teraz
razniej i szybciej do zamierzonego celu.
Arabowie, mknąc przez ten czas na szybkonogich rumakach, zajechali do swego
wzmocnionego ostrokołem obozu, w którym Achmed Zek oczekiwał powrotu porucznika Alberta
Werpera.
Jane Clayton odczuwała nie tyle niewygody uciążliwej podróży, co niepewność własnego
losu. Achmed Zek nie wtajemniczył jej w swoje, względem niej zamiary. Pocieszała się myślą, że
została porwana dla okupu. Jeśli tak było, nic strasznego nie mogło jej grozić ze strony Arabów.
Mogła jednak również przypuszczać, że czekał ją los znacznie gorszy - w murzyńskim lub
arabskim haremie.
Dzielna kobieta nie upadała na duchu. Wszak Tarzan, wszechpotężny władca świata dzikich
zwierząt i dzikich ludzi nie zostawi jej w niedoli. Gdy tylko powróci z Oparu, pospieszy jej na
ratunek.
Gdy tak pocieszała się nadzieją, przez ciemną dżunglę wędrował zupełnie inny człowiek.
Był nim Albert Werper, dzień i noc drżący z trwogi wobec grożących mu na każdym kroku
niebezpieczeństw, nie mając w ręku innej broni oprócz ofiarnego noża.
Nocą spał na drzewach, w dzień posuwał się naprzód, ostrożnie, chroniąc się przy każdym
podejrzanym odgłosie na gałęzie drzew. Wreszcie dotarł do ostrokołu, okalającego obóz jego
dzikich druhów. Prawie jednocześnie Mugambi wyszedł z dżungli i zatrzymał się przed wioską
Achmeda Zeka. Gdy tak stał w cieniu wielkiego drzewa rozglądając się wokoło, ujrzał człowieka w
łachmanach, z potarganymi włosami, który tuż obok niego wyłonił się z dżungli. Od razu poznał w [ Pobierz całość w formacie PDF ]




 

Powered by WordPress dla [Nie kocha się ojca ani matki ani żony ani dzieca, lecz kocha się przyjemne uczucia, które w nas wzbudzają]. Design by Free WordPress Themes.