[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Zrobi to, co zrobił Luc, kiedy od niego uciekła. Znajdzie go, wyjaśni, że nie może
jej zostawić i zabierze go do łóżka.
Nie mogła się już doczekać, kiedy to się stanie.
ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY
W Rzymie panowały upały.
Luc źle je znosił. Od tygodni miał podły nastrój i doskonale wiedział, jaka jest tego
przyczyna.
Zostawił Gabrielle w Londynie, ale jej duch ścigał go na każdym kroku. Pojechał
do Paryża w interesach. Praca zawsze była jego deską ratunku. Uratowała mu życie po
śmierci rodziców i teraz też rzucił się w jej wir. Tyle że nie potrafił się na niej skupić.
Patrzył na dokumenty, a widział jej uśmiech. Siedział na spotkaniu i wyobrażał sobie, że
jest z nią. Czuł ją. Czuł jej dłonie na swoim ciele, czuł, jak bardzo go zmieniła.
Miał wrażenie, że zwariuje.
Przyjechał do Rzymu, gdzie wynajął sobie apartament przy Piazza Navona. Tu za-
zwyczaj ładował baterie. Lubił atmosferę, jaka panowała w centrum i zawsze dobrze się
tu czuł.
Ale nie teraz. Wszędzie ją widział. Słyszał jej śmiech, dostrzegał jej twarz w każ-
dej napotkanej kobiecie i sięgał po nią nocą, tylko po to, aby przekonać się, że miejsce
obok niego jest puste.
Żadna kobieta nie zaszła mu tak za skórę.
Za żadną tak nie tęsknił.
- Nie wiem, kiedy wrócę - rzucił oschle do telefonu, spoglądając na turystów snu-
jących się po Wiecznym Mieście. Wszyscy cieszyli się tu życiem, tylko nie on. On nie-
ustannie myślał o kobiecie, której tu nawet nie było.
- Capisco bene - powiedział przez telefon Alessandro, jego asystent. - Poradzę so-
bie, Luc. Daj sobie tyle czasu, ile potrzebujesz.
Alessandro zapewne sądził, że Luc przyjechał tu, aby wyleczyć się z jakiejś melo-
dramatycznej przypadłości. Jak miał mu wytłumaczyć, że Gabrielle zdołała dotrzeć do
jego najgłębszych uczuć, których istnienia sam nawet nie podejrzewał? Nie było w tym
nic melodramatycznego. Wręcz przeciwnie. I to go właśnie dobijało.
- Alessandro, ja nie jestem chory z miłości jak jakiś dzieciak - zapewnił go.
- Naturalnie, że nie - odparł jego rozmówca, najwyraźniej chcąc go ułagodzić.
Luc zakończył rozmowę i ruszył w stronę budynku. Zanim jednak do niego dotarł,
dostrzegł na parkingu mężczyznę, którego widok wzbudził w nim najbardziej negatywne
uczucia. Silvio Domenico.
Ostatnia osoba, którą miał w tej chwili ochotę oglądać.
- Ach, Luc! - W głosie Silvio dało się słyszeć wyraźną drwinę. - Piękny dziś mamy
dzień. Wielka szkoda, że musisz spędzić go w samotności. - Podniósł do oczu aparat i
zrobił serię zdjęć.
Luc ani na moment nie zmienił wyrazu twarzy ani tempa kroku.
- Widzę, że dziś jesteśmy w milczącym nastroju. Żadnych krzyków? Żadnego
przeklinania? Jestem rozczarowany.
Luc zatrzymał się tuż przed Silvio. Miał ochotę rozerwać go na strzępy i rzucić
szczątki na pożarcie psom. Nie zrobił jednak nic podobnego. Stał i patrzył przez dłuższą
chwilę w oczy mężczyzny.
- Rozczarowujesz mnie, Silvio. Spodziewałem się relacji z mojego intymnego ży-
cia na ekranie.
- To tylko kwestia czasu. Nie ma takiego miejsca, w którym bym cię nie wyśledził.
Niezależnie od tego, jak bardzo jesteś bogaty i jakie masz wpływy, nie możesz mnie kon-
trolować.
Luc czekał, aż pojawi się w nim ta sama furia co zawsze, ale nic takiego nie nastą-
piło. Zamiast tego pomyślał o Gabrielle. Jak dotąd nie ukazały się żadne kompromitujące
zdjęcia ani komentarze na temat ich małżeństwa. Powoli zaczynało do niego docierać, że
nigdy się nie pojawią.
Nie było żadnych fotografii. To tylko gierki Silvio i jego pochopne konkluzje. Do
tej pory wszyscy go zdradzali, więc założył, że Gabrielle zrobiła to samo. Pamiętał, jak
patrzyła na niego ostatniego wieczoru. Jej oczy były szerokie ze zdumienia i pełne łez.
Kocham cię. Słyszał jej słowa tak wyraźnie, jakby stała tuż przy nim. Kocham cię.
- Zabrakło ci języka?
- Stajesz się nudny - powiedział spokojnie. Popatrzył na Silvio, jakby miał przed
sobą okaz jakiegoś ohydnego insekta. - Twoje życie jest puste i pozbawione sensu. Może
pojadę w jakieś bardziej interesujące miejsce, żeby zmienić ci otoczenie?
Silvio zrobił kolejne zdjęcie.
- Garnier pozostawiony przez żonę, szuka zapomnienia w narkotykach i alkoholu -
mruknął pod nosem. - Osamotniony, liże rany podczas pijackich orgii.
- Nigdy dotąd nie zdawałem sobie sprawy z tego, że masz na moim punkcie praw-
dziwą obsesję. Jakie to smutne. [ Pobierz całość w formacie PDF ]




 

Powered by WordPress dla [Nie kocha się ojca ani matki ani żony ani dzieca, lecz kocha się przyjemne uczucia, które w nas wzbudzają]. Design by Free WordPress Themes.