[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Chodzmy do nich. Jest tam ogień i dostanie pan filiżankę herbaty... niestety, tybetańskiej, ale w
końcu musi pan do niej przywyknąć.
Odchylił kilim i poprowadził swego gościa do obszernego, ale niskiego pomieszczenia z
wąskimi okienkami, umieszczonymi tuż pod sufitem. Karabiny leżały na długim drewnianym stole,
a trzech tybetańskich partyzantów zajmowało się nimi z profesjonalną zręcznością.
 Wygląda na to, że znają się na rzeczy  zauważył Chavasse.
 Tybetańczycy są bardzo zdolni. To jest coś, czego Chińczycy jeszcze nie zauważyli.
Na wielkim, kamiennym palenisku jasnym płomieniem paliło się łajno jaków. Podczas gdy Cha-
vasse oswajał się z otoczeniem, Joro skruszył sporą garść zbitej w kostkę herbaty i wsypał ją do
kociołka z wrzątkiem. Następnie dodał jeszcze nieco tłuszczu i odrobinę soli.
 A nie masz przypadkiem czegoś takiego jak papierosy?  zapytał Chavasse.
 Jeden z moich ludzi opróżnił kieszenie Rosjanina  skinął głową Joro.  To, co w nich
znalazł, leży na stole, o tam! Zdaje się, że są tam również trzy czy cztery paczki papierosów.
Chavasse podszedł do stołu i przez chwilę stał, przyglądając się temu, co pozostało po czło-
wieku. Portfel, dokumenty i papierosy.
Zapalił jednego i powrócił do ognia z portfelem i dokumentami. Usiadł na twardej, drewnianej
ławie i poddał je fachowej lustracji.
Portfel zawierał plik chińskich banknotów, kilka listów, najwyrazniej od przyjaciół z Rosji, oraz
kartę członkowską moskiewskiego klubu prasowego. Nie było tam na szczęście czegoś takiego, jak
zdjęcie żony czy dzieci i Chavasse, czując ogromną ulgę, zaczął przeglądać dokumenty.
Było pomiędzy nimi standardowe zezwolenie na wjazd do Chin, a także specjalna, ostemplowa-
na w Pekinie wiza, zezwalająca Kurbskiemu na swobodne poruszanie się po Tybecie. Zezwolenie to
podpisał również komendant prowincji, rezydujący w Lhasie. Wszystko było powalane krwią i
zniszczone uderzeniem noża, jednakże fotografia Rosjanina w paszporcie pozostała nienaruszona.
Chavasse, patrząc na te papiery, pogrążył się w rozmyślaniach tak głęboko, że nie usłyszał Jora
zapraszającego go do wypicia herbaty. Nawet, gdy Tybetańczyk wcisnął mu do ręki metalowy ku-
bek, opróżnił go zupełnie mechanicznie.
 Jak panu smakowała nasza herbata?  uśmiechnął się Joro.
Chavasse spojrzał na pusty kubek w swoich rękach, zmarszczył brwi, a potem wyszczerzył zęby
w uśmiechu.
 Sam nie wiem, kiedy ją wypiłem  odparł.  Proszę jeszcze.
Herbata, niespodziewanie, odświeżyła go całkowicie. Poczuł, że krew znowu krąży w nim ży-
wiej.
 Daleko stąd do Changu?  zapytał, zapalając kolejnego papierosa.
 Około dziewięćdziesięciu mil  odparł Joro.  Dwa dni wytężonej konnej jazdy.
 Więc może pojechalibyśmy tam dżipem?
 To chyba niemożliwe  stwierdził Joro.  W Changu stacjonuje co najmniej dwustu żo-
łnierzy, a najbliższa okolica jest regularnie patrolowana. Gdybyśmy nawet zdołali zbliżyć się do
miasta, natychmiast nas zaaresztują.
 A gdybyśmy dżipem wjechali do miasta?
 Jak to?  Joro zmarszczył brwi w wyrazie nie tajonego niedowierzania.
 Mógłbym im powiedzieć, że nazywam się Andriej Siergiejewicz Kurbski i jestem rosyjskim
dziennikarzem, zwiedzającym Tybet na podstawie zezwolenia wydanego przez Komitet Centralny
w Pekinie. Powinienem chyba dodać, że mówię płynnie po rosyjsku.
 A jak pan zamierza wytłumaczyć brak eskorty?
 %7łołnierze zostali zamordowani przez bandytów podczas noclegu. Ty jesteś przewodnikiem,
którego wynająłem w Lhasie i który ocalił mi życie, nakłaniając napastników do pozostawienia
mnie przy życiu dla okupu.
 Rozumiem.  Joro pokiwał wolno głową.  I kiedy reszta spała, nam udało się uciec dżi-
pem. Czy tak?
 Też jesteś szybki  uśmiechnął się Chavasse.
 Zapomniał pan o jednym.  Joro potrząsnął głową.  Na tych dokumentach jest jego
zdjęcie.
Jednym szybkim gestem Chavasse wrzucił do paleniska poplamione krwią dokumenty. Jeszcze
ostatni raz Kurbski spojrzał na niego, by po chwili zniknąć w płomieniach.
 Powiemy, że bandyci opróżnili mi kieszenie  tłumaczył Chavasse.  Czy masz jeszcze
jakieś zastrzeżenia?
 Tylko takie, że to wielkie ryzyko.  Joro wzruszył ramionami.  Ale jest coś, co działa na
naszą korzyść. Jeden z moich ludzi wrócił z Changu ostatniej nocy. Pułkownik Li wybrał sic wła-
śnie na inspekcję daleko położonych garnizonów. Zastępuje go młody i niedoświadczony kapitan
Tsen.
 To się świetnie składa  oświadczył Chavasse.  Nawet jeżeli połączy się z Lhasą, to nie
zyska nic więcej jak to, że będzie musiał przeprosić mnie w imieniu chińskiej władzy za nie-
przyjemne zdarzenie, które spotkało mnie na strzeżonym przez niego terytorium. Potwierdzą tylko,
że Kurbski faktycznie podróżuje po Tybecie.
 Co zrobimy dalej, zakładając, że Tsen puści nas wolno?
 Przecież Kurbski szukał tematu do korespondencji  zastanawiał się Chavasse  więc nie
widzę powodu, dla którego nie miałbym przyjechać do Changu właśnie po to, aby przeprowadzić
wywiad z doktorem Hoffnerem.
Tybetańczyk uśmiechnął się i w jego oczach pojawiły się iskry.
 Wypłatalibyśmy doprawdy niezłego figla Chińczykom. Znając pana Hoffnera, przypusz-
czam, że zaproponuje panu gościnę u siebie w domu  mówił Joro, a uśmiech z wolna znikał z
jego twarzy.  Jednakże musielibyśmy załatwić wszystko do czasu powrotu pułkownika Li. Za-
pewniam pana, że ten człowiek nie da się tak łatwo oszukać.
 Więc wyruszajmy jak najprędzej.
Pozostawił Tybetańczykowi przygotowania do wyprawy, a sam wyszedł na zewnątrz, stanął u
szczytu schodów i popatrzył na piaszczysty podwórzec klasztoru.
Był całkiem opustoszały i tylko mnisi, siedząc rzędem pod ścianą, modlili się wspólnie, nape-
łniając ciszę monotonnym mruczeniem.
Wydawało się całkiem niewiarygodne, że tak niedawno miejsce to nawiedziła gwałtowna śmierć,
jednak kiedy szedł w stronę dżipa, spostrzegł wielkie, czerwone plamy krwi, która jeszcze nie
zdążyła całkiem wsiąknąć w ziemię.
Usiadł za kierownicą, zapalił papierosa i zaczął rozmyślać. Pięć tysięcy lat temu, któryś z
proroków ze Starego Testamentu podsumował ten rodzaj ludzkich doświadczeń trafniej niż mógłby
się o to pokusić ktokolwiek ze współczesnych intelektualistów:  Nie poznasz ani dnia swego ani
godziny".
Kurbskiego, który przeżył zapewne w swym życiu wiele niebezpiecznych sytuacji, śmierć za-
skoczyła na tym pełnym spokoju dziedzińcu, tysiące mil od miejsc, w których mógłby się
jej spodziewać. [ Pobierz całość w formacie PDF ]




 

Powered by WordPress dla [Nie kocha się ojca ani matki ani żony ani dzieca, lecz kocha się przyjemne uczucia, które w nas wzbudzają]. Design by Free WordPress Themes.