[ Pobierz całość w formacie PDF ]

zaczyna wydawać okrzyki radości. Musieli zauważyć Buldożera i Abby Las jest gęsty. Na niebie jest księżyc w pełni,
ale daje niewiele światła. Oświetlam drogę rękami. Zaczynam drżeć i ogarnia mnie panika. Jak to wytłumaczę
Henriemu? Mam na sobie spalone ubranie. Rany na głowie. Rany na plecach. Pokaleczone ramiona i nogi. Pali mnie w
płucach przy każdym oddechu. I trzymam w ramionach Sarę. Ona wie już, do czego jestem zdolny, co potrafię zrobić,
widziała wystarczająco dużo. Będę musiał jej wszystko wytłumaczyć. Będę musiał powiedzieć Henriemu, że ona wie.
Lista moich wykroczeń jeszcze się wydłużyła. Henri powie, że w końcu ktoś komuś niechcący sypnie. Będzie nalegał,
żebyśmy wyjechali. To jest nieuniknione.
Stawiam Sarę na ziemi. Przestała już płakać. Patrzy na mnie zagubiona, wystraszona, oszołomiona. Wiem, że muszę
znalezć jakieś ubrania i wrócić do ludzi, żeby nie nabrali żadnych podejrzeń. Muszę zaprowadzić tam Sarę, aby nie
myśleli, że zginęła w pożarze.
- Możesz chodzić? - pytam.
- Chyba tak.
- Idz za mną.
- Dokąd?
- Musimy znalezć jakieś ubranie. Może któryś z piłkarzy ma coś na zmianę po treningu.
Ruszamy przez las. Mam zamiar pokręcić się i pozaglądać do samochodów, żeby znalezć jakieś ciuchy
- John, co się właściwie wydarzyło? Co się dzieje?
- Był pożar i ja cię stamtąd wyciągnąłem.
- To, co zrobiłeś, jest nieprawdopodobne. Niemożliwe.
- Dla mnie możliwe.
- Co to znaczy?
Patrzę na nią. Miałem nadzieję, że nigdy nie będę musiał powiedzieć jej tego, co za chwilę powiem. Chociaż
wiedziałem, że to nierealne, miałem nadzieję, że uda mi przetrwać w Paradise. Henri zawsze powtarzał, żebym się do
nikogo za bardzo nie zbliżał. Bo jeśli to zrobię, ' w którymś momencie ludzie się zorientują, że jestem inny, i będą żą-
dać wyjaśnień. A wtedy będziemy musieli wyjechać. Serce wali mi jak i oszalałe i trzęsą mi się ręce, nie z zimna. Jeśli
jest cień nadziei na pozostanie w Paradise, na to, że ujdzie mi płazem mój dzisiejszy wyczyn, to muszę jej wszystko
powiedzieć.
- Nie jestem tym, kim myślisz.
- A kim jesteś?
- Jestem Numerem Cztery.
- Co to znaczy?
- Saro, to zabrzmi głupio i nieprawdopodobnie, ale wszystko, co ci powiem, to prawda. Musisz mi uwierzyć.
Sara dotyka dłonią mojej twarzy.
- Jeśli mówisz, że to prawda, uwierzę ci.
- To prawda.
- Więc powiedz mi.
- Jestem kosmitą. Jestem czwartym z dziewięciorga dzieci wysłanych na Ziemię po tym, jak nasza planeta została
zniszczona. Mam moce, moce, jakich nie ma żaden człowiek na Ziemi, moce, które pozwalają mi robić takie rzeczy,
jakie robiłem w tym domu. Są na Ziemi inni kosmici, którzy mnie ścigają, którzy napadli moją planetę. Jeśli mnie
znajdą, zginę.
Spodziewam się, że Sara lada moment da mi w twarz albo wybuchnie śmiechem, albo zacznie krzyczeć. Albo
odwróci się i ucieknie. Tymczasem zatrzymuje się i patrzy na mnie. Patrzy mi prosto w oczy.
- Mówisz prawdę - mówi.
- Tak.
Ja też patrzę jej w oczy, chcę, żeby mi uwierzyła.
Przygląda mi się badawczo przez długą chwilę, potem kiwa głową.
- Dziękuję, że uratowałeś mi życie. Nie obchodzi mnie, kim jesteś ani skąd pochodzisz. Dla mnie jesteś Johnem,
chłopcem, którego kocham.
- Co?
- Kocham cię, John. Uratowałeś mi życie i tylko to się liczy.
- Ja też cię kocham i nigdy nie przestanę cię kochać. Przygarniam ją do siebie i całuję. Po minucie, może dwóch,
Sara się
odsuwa.
- Chodz, znajdziemy ci jakieś ubranie i wrócimy do ludzi, żeby wiedzieli, że nic nam nie jest.
W czwartym samochodzie, który sprawdzamy, Sara znajduje komplet ubrania: dżinsy i zapinaną koszulę,
wystarczająco podobne do tego, co miałem na sobie, żeby nikt nie zauważył różnicy. Zatrzymujemy się jak najdalej
domu, żeby widzieć, co się dzieje. Dom zawalił się całkowicie, jest stosem zwęglonych szczątków ociekających wodą.
Gdzieniegdzie znad rumowiska unoszą się smugi dymu, robiąc upiorne wrażenie na tle nocnego nieba. Obok stoją trzy
wozy strażackie. Udaje mi się naliczyć sześć radiowozów. Błyska dziewięć zestawów migających świateł, ale nie
towarzyszą im żadne syreny. Niewielu ludzi, jeśli w ogóle ktokolwiek, opuściło to miejsce. Zostali odsunięci w tył,
dom otoczono kordonem z żółtej taśmy. Policjanci przesłuchują niektórych świadków. Pięciu strażaków przekopuje
rumowisko.
Nagle słyszę za plecami  Tam są! i wszystkie oczy w tłumie zwracają się ku nam. Mija pięć sekund, nim orientuję
się, że to o mnie mowa.
Podchodzi do nas czterech oficerów policji. Za nimi jest mężczyzna z notatnikiem i dyktafonem. Podczas szukania
ubrań ustaliliśmy z Sarą wspólną wersję wydarzeń. Poszedłem na tyły domu, gdzie ona stała, przyglądając się
pożarowi. Chwilę wcześniej wyskoczyła z drugiego piętra domu razem z psami, które gdzieś uciekły Potem
przyglądaliśmy się pożarowi razem, z dala od tłumu, ale w końcu obeszliśmy dom i przyłączyliśmy się do reszty ludzi.
Przekonałem Sarę, że absolutnie nikomu nie możemy powiedzieć, co się naprawdę wydarzyło, nawet Samowi ani
Henriemu; powiedziałem, że jeśli ktokolwiek dowie się prawdy, będę musiał natychmiast wyjechać. Uzgodniliśmy, że
ja będę odpowiadał na pytania, a ona zgodzi się ze wszystkim, co powiem.
- Nazywasz się John Smith? - pyta jeden z gliniarzy.
Jest średniego wzrostu i stoi przygarbiony. Nie ma nadwagi, ale daleko mu do świetnej formy; ma wyraznie
zarysowany brzuszek.
- Tak, a o co chodzi?
- Dwoje ludzi zeznało, że widzieli, jak wbiegałeś do domu, a potem wyleciałeś tyłem jak Superman z psami i
dziewczyną w ramionach.
- Poważnie? - pytam z niedowierzaniem, a Sara stoi przy mnie.
- Tak to opowiedzieli. Wybucham sztucznym śmiechem.
- Dom się palił. Czy ja wyglądam, jakbym wyszedł z płonącego domu?
Oficer marszczy brwi, opiera dłonie na biodrach.
- Więc twierdzisz, że nie byłeś w środku?
- Poszedłem na tyły domu, żeby znalezć Sarę. Wydostała się razem z psami. Staliśmy tam, obserwując pożar, a
potem przyszliśmy tutaj.
Oficer przenosi wzrok na Sarę.
- Czy to prawda?
- Tak.
- Więc kto w takim razie wbiegł do domu? - wtrąca się stojący za policjantami dziennikarz.
Odzywa się po raz pierwszy. Patrzy na mnie przenikliwym, nieufnym wzrokiem i widać, że nie wierzy w moją
historyjkę.
- Skąd mam wiedzieć?
Kiwa głową i zapisuje coś w swoim notatniku. Nie mogę odczytać co.
-Więc twierdzisz, że tych dwoje świadków kłamie? - pyta dalej dziennikarz.
- Baines... - jeden z oficerów kręci znacząco głową. [ Pobierz całość w formacie PDF ]




 

Powered by WordPress dla [Nie kocha się ojca ani matki ani żony ani dzieca, lecz kocha się przyjemne uczucia, które w nas wzbudzają]. Design by Free WordPress Themes.