[ Pobierz całość w formacie PDF ]

wyszli na dwór. Z widocznego już nieba siąpił przenikliwy deszczyk.
 Tędy  wskazał drogę Colorado. Poprowadził nas ścieżką wzdłuż podstawy
zbocza.
Za tym właśnie zboczem leżała indiańska wioska. Gdyby na skalnym grzbiecie
rozstawiano posterunki, mieliby nas jak na dłoni. Ale nikt tam nie wartował.
Chociaż takiej nieostrożności nie usprawiedliwiała nawet paskudna pogoda.
Mały Jeleń musiał być doprawdy bardzo małym... wodzem.
 Prędzej, panowie  poganiał nas Colorado.  Jeszcze kilka kroków.
Za skalnym występem znajdował się w chropowatej ścianie czarny otwór
obszernej jak komnata groty. Tu ujrzeliśmy wszystkie trzy konie uwiązane na
lassach do wbitych w ziemię kołków. Założyliśmy uprząż, zbadali zawartość
juków. Niczego nie brakowało.
Wywiedliśmy wierzchowce na dwór i wolno, wolniutko ruszyli pochyłą
płaszczyzną, porośniętą z rzadka trawą, wśród której leżały dość gęsto kamienie
najrozmaitszej wielkości. Nie sposób było jechać szybciej. Wlekliśmy się tak z
pół godziny, aż mordercza droga skończyła się jak nożem uciął. Teraz mieliśmy
przed sobą step gładki jak powierzchnia stołu.
 W konie!  krzyknął Colorado i wysunął się naprzód.
Ruszyliśmy kłusa, pózniej galopem. Gdzieś na horyzoncie błysnął pierwszy
promień zorzy. Przestało padać. Szara opona nieba rozdarła się przed nami. Na
niebieskim tle ukazały się białe obłoki.
Po kilku godzinach takiej jazdy Colorado zwolnił tempo, wreszcie zatrzymał się.
 Krótki postój. Zwierzęta muszą wytchnąć  powiedział.
Zeskoczyłem z siodła. Teraz poczynałem odczuwać zmęczenie po nieprzespanej
nocy i forsownej jezdzie. A Colorado? Ten się przecież najbardziej napracował.
A nawet nie usiadł. Przechadzał się cały czas, spoglądając na wszystkie strony.
Po krótkim odpoczynku znów dosiedliśmy koni. Trawiasty step przeszedł
wkrótce w płaszczyznę porosłą rzadkimi chwastami, ale i one rychło znikły.
Dokoła rozciągała się pustynia rudego piachu.
 Szybciej. To najgorszy kawałek drogi. Nie ma gdzie się ukryć. Widać nas ze
wszystkich stron, jak pieczeń na patelni.
Pędziliśmy teraz, na ile tylko stać było nasze konie, a za nami podnosił się
czerwony tuman kurzu. W końcu drogę przecięła mała rzeczka płynąca między
brzegami wypłukanymi w ceglastej glebie.
 Tego właśnie potrzeba  powiedział Colorado.   Chwyćcie za szkła i
popatrzcie za siebie. Ja nikogo nie dostrzegam.
Spełniliśmy jego życzenie. Pustka rozciągała się dokoła, ani człowieka, ani
zwierzęcia. Stwierdziłem to głośno.
 Doskonale. Teraz hop, w strumień! Jedziemy jego korytem. Co prawda dno
nieco piaszczyste, ale ślady zatrze prąd.
Ruszyliśmy, jeden za drugim, znacznie już wolniej. Upał wzmagał się, ale od
wody bił chłód, a drobne kropelki tryskające spod końskich kopyt przyjemnie
rzezwiły twarze. W ten sposób jechaliśmy z dobrą godzinę, aż Colorado
zdecydował się wyprowadzić wierzchowce na brzeg.
 Jeszcze kawałeczek  stwierdził  a odpoczniemy w zacisznym lasku i nad
wodą lepszą od tej.
To powiedziawszy obrócił koniem w kierunku przebytej przed chwilą drogi.
 Wracamy?  zadziwiłem ssie.
 Niezupełnie. Będziemy posuwać się równolegle do naszego starego tropu, w
odpowiedniej odległości.
 W ten sposób zbliżamy się do wioski Apaczów.
 Ale dzięki temu  wtrącił się Karol  odległość między nami a
przypuszczalnym pościgiem będzie jeszcze bardziej wzrastać. Apacze jadą w
jedną stronę, my w drugą. Wręcz przeciwną. Zanim odszukają nasz trop ginący
w rzece, zapadnie noc. Potem już nas nie dopędzą.
 Wielki Bóbr się nie myli  przytaknął traper.  Odgadł mój plan.
Jeszcze około czterech godzin trwała nasza wędrówka, aż na horyzoncie ukazała
się granatowoczarna ściana lasu. Bór był mieszany, liściasto iglasty z
przewagą świerków, które nadawały mu nieco posępny wygląd. Za niskimi
krzewami głęboki cień padał od obwisłych konarów na poszycie bujnie porosłe,
pokryte mchem, gdzieniegdzie trawą lub zawalone uschłymi gałęzmi,
poprzegradzane potężnymi pniami padłych olbrzymów. Jechać konno nie było
już można. Ujęliśmy cugle i prowadząc na nich wierzchowce przedzierali się
powoli, jeden za drugim, jakąś wydeptaną przez zwierzęta steczką. Tak
dotarliśmy nad małe jezioro, o toni granatowej i lustrze wody błyszczącym w
słońcu. Drzewa podchodziły do samego brzegu, który uginał się pod stopami.
Dalej  już w wodzie  wyrastało pasmo sitowia. Colorado kazał nam stanąć.
 Muszę wykonać swój plan  powiedział.  Na wypadek, gdyby Indianie
przywędrowali za nami aż tutaj. Jeśli jesteście ciekawi, przyglądajcie się. Jeśli
nie, idzcie dokoła jeziora, tylko nie za blisko brzegu. Obóz rozbijemy po drugiej
stronie.
Oczywiście  zostaliśmy. Colorado pociągnął swego wierzchowca za uzdę.
Zwierzę chrapnęło ostrzegawczo i stuliło uszy, ale nie stawiało oporu. Stąpało
powoli i ostrożnie, aż w ciemnych zagłębieniach od kopyt poczęła ukazywać się
bagienna wilgoć. Jeszcze chwila, a koń zapadnie się w rozkisłym błocie. Wtedy
Colorado zatrzymał się, wykonał ruch ręką i na ten znak koń począł się cofać.
Ale jak! Jeśli obserwowaliście zachowanie się koni, wiecie, jak niechętnie, z [ Pobierz całość w formacie PDF ]




 

Powered by WordPress dla [Nie kocha się ojca ani matki ani żony ani dzieca, lecz kocha się przyjemne uczucia, które w nas wzbudzają]. Design by Free WordPress Themes.