[ Pobierz całość w formacie PDF ]

mrowisko, do którego wracają po wieczornym apelu mrówki. Gorączka sobotniej nocy opanowała
nie tylko Mazurkowo, ale i okolicę. Pod Miejski Dom Kultury, zwany popularnie emdekiem,
podjeżdżają małe fiaty, duże fiaty, czasem błyśnie nawet ściągnięty zza Odry, leciwy, sfatygowany,
ale dobrze wyklepany opel albo i volkswagen.
Sypią si^gjiich, j ak zboże z worków, panny ubrane w kolorowe pomadki i kuse spódniczki.
Chłopaków, z nieodzownym na taką okazję żelem we włosach, w aurze old spice, z piwem albo
papierosem w rękach, albo z jednym i z drugim jednocześnie, jest mniej niż dziewczyn.
Taksowanie zaczyna się już przed wej ściem do sali, w długim, tętniącym testosteronem szpalerze,
przez który musi przejść każda kandydatka na dancing ąueen. Muzyka dudni głośno, więc na swoje
szczęście dziewczyny nie słyszą wszystkich komentarzy które lecą za nimi jak natrętne muchy.
Joanna wchodzi w szpaler razem z Pawłem. Ma na sobie,
tak jak wszystkie dziewczyny krótką spódniczkę. Jeszcze nie minęła drzwi, a już żałuje, że tu
przyszła. Jeszcze nie zdążyła poprawić sobie nastroju tą dyskoteką, a już czuje się gorzej niż w
domu.
Spotkała Pawła znów nad jeziorem. Joanna z dzieciarnią on sam. Przyłączył się do jej obozu,
pomógł zapanować nad niesforną gromadką. Chyba nawet zaimponował jej trochę. Zapytała go
wprost, czy słyszał o plotkach. %7łe romansował z Kaśką i że będą mieć dziecko. Zmiał się tylko. -
Kaśka obchodzi mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg. A te wasze baby nudzą się chyba za bardzo.
Wiozłem Kaśkę z dzieciakiem do lekarza, jak jej męża nie było, to mi teraz będą dziecko w brzuch
wmawiać - zdenerwował się.
Potem ni z tego, ni z owego, zaproponował wyjście w sobotni wieczór. W pierwszym odruchu
chciała mu odmówić, ale chwilę potem pomyślała, że to nic złego pójść do Mazurkowa i
odreagować historię z Tomaszem.
W środku jest duszno od dymu i najzwyczajniej w świecie śmierdzi spoconymi ciałami. Paweł
ciągnie koleżankę do baru. Przeciskają się przez pulsujący tłum, odbijają się od niego jak piłki.
Piwo. Jedno, drugie i Joanna rusza na parkiet. Wygina się w rytm muzyki, Paweł j ej wtóruje.
Właściwie to nie taniec, tylko gimnastyka, aerobik, ale co tam, naprawdę dobrze się bawię.
Po godzinie jest mokra i nie przeszkadza jej, że jest ciasno ani że panuje duchota. Po trzecim piwie
tańczy z Pawłem jakieś tango-przytulango. Nawet nie zwraca uwagi na to, że jej dawny kolega z
ławki, z którym rozkładała kiedyś lekcje geografii, przyciska się do niej coraz bardziej. Dopiero
kiedy zaczyna niebezpiecznie chuchać jej w ucho i muskać ustami szyję, wyrywa się z jego objęć i
wybiega z dyskoteki.
- Asia, poczekaj! - Chłopak goni za nią. - Dokąd lecisz?
88
- Chcę wracać.
- Trzeba było mi powiedzieć. Przecież nie będę cię tu trzymał na siłę. Wracamy.
Noc jest chłodna. Idą szybko, tak samo szybko Joannie " wietrzeje z głowy piwo. Kiedy tylko mijają
ostatnie zabudowania miasteczka i wchodzą na asfaltówkę do Jagiełkowa, Paweł próbuje chwycić
ją za rękę. Dziewczyna wyrywa ze złością dłoń.
- Asia, no co ty? Tańczyliśmy razem tak blisko, fajnie było, nie zgrywaj teraz dziewicy orleańskiej.
Chodz. No, chodz do mnie! - Przyciąga ją do siebie i próbuje pocałować. Joanna jest już całkiem
trzezwa. Odpycha Pawła, prawie go przewraca i krzyczy głośno:
- Odczep się. Tańczyłam z tobą, ale to wszystko, rozumiesz?
- A co mógłbym zrobić, żeby liczyć na coś więcej? Może poproszę cię o dostawę mleczka? Kiedy
mamusia przyjmuje zamówienia? Mogę się zgłosić już jutro? Szkoda tylko, że jestem taki młody,
mówią, że ty lubisz starych. I takich, co mają kasę. Ciekawe, co ty naprawdę robisz w tej
Warszawie, może studia to bajeczka dla mamusi, co? No przyznaj się, ty... - W jednej^wili zamienia
się z dobrze Joannie znanego kolegi w obcego i wulgarnego typa.
Zatrzymują go na chwilę ostre światła samochodu jadącego szybko od strony Mazurkowa.
Kierowca mija nocnych spacerowiczów, zatrzymuje się jakieś dwadzieścia metrów przed nimi.
Joanna biegnie tak szybko, jak może, to przecież furgonetka Tomasza. Paweł biegnie razem z nią.
Pierwszy dopada auta.
- Dziękujemy panu! - wykrzykuje, otwierając drzwi i pakuje się do środka. - Wracamy z Asią z
dyskoteki, impreza była świetna, nogi nas bolą, tak się wytańczyliśmy. Już myślę-
liśmy, że do rana będziemy tu we dwoje wędrować, niby ro-mantycznie, ale, wie pan, trochę zimno,
musielibyśmy sięp0 drodze jakoś rozgrzać, he, he, he.
Joanna w milczeniu zajmuje miejsce przy drzwiach. Odwraca głowę w stronę okna.
Tego jeszcze brakowało, żeby mnie Tomasz z tym bałwanem kojarzył. Boże, co za porażka! I
dlaczego on się w końcu nie zamknie.
- Gdzie mam się zatrzymać? - Dojeżdżają do wsi.
- Może być zaraz na skrzyżowaniu - odpowiada Paweł.
- My z Asią idziemy do mnie, to znaczy do mojej babci, to mały kawałek, rano odprowadzę ją do
domu, no, wie pan...
- Robi oko do Tomasza. - Kochanie, no, wysiadamy już, wiem, że jesteś zmęczona, ale nie rób
takiej smutnej miny
Tomasz czeka, aż oboje wysiądą. Ona wysiada pierwsza, żeby zrobić miejsce Pawłowi. Gdy ląduje
obok niej, zadowolony z siebie, i klepie ją z rechotem po pupie, Joanna wymierza mu
błyskawicznie i precyzyjnie prawy prosty w nos.
- Jedziemy! - rzuca do zdezorientowanego kierowcy wskakując z powrotem do samochodu. -
Podwiez mnie, proszę, pod dom. I nie myśl o mnie zle.
- Nigdy nie pomyślę o tobie zle, nawet gdy zobaczę stu facetów załatwionych przez ciebie prawym
prostym. Czy przywieziesz mi jutro mleko?
To się nazywa mieć tupet.
- Nie wiem, czy będę miała czas. Uczę się do egzaminu.
- Wez ze sobą książki. U mnie jest cisza i spokój. ...a dziewczyna pewnie już wyjechała...
- Nie wiem, czy to dobry pomysł.
- Przekonasz się, ile jest wart, dopiero wtedy, kiedy go wypróbujesz.
Przekonam się, ile jesteś wart dopiero wtedy, kiedy dowiem się, co to za dziewczyna. I tylko
dlatego kapituluję. - Masz rację. Przyjdę.
29.
Dziś rano ani jedna osoba w całym Jagiełkowie nie pomyślała nawet przez chwilę o Joannie. Dziś
gwiazdą numer jeden jest sołtys, Tadeusz Mickiewicz. Nie byłby gwiazdą, gdyby jego zięć Janusz
nie wypił wczoraj pod sklepem czterech mocnych piw, a potem, po tych piwach, kilku butelek
wina, na spółkę z Pawliniakiem i jednym z braci Baranowskich. Nie byłby też gwiazdą, gdyby jego
zięć Janusz po wypiciu mieszanki niewybrednych trunków wrócił do domu i zasnął snem mocnym i
spokojnym.
Owszem, Janusz Kot zwalił się do łóżka, zasnął - ku uciesze ślicznej córki sołtysa Bożeny i dwojga
ich dzieci - i, niestety, tak samo szybko jak zasnął, obudził się. W jednej chwili przypomniał sobie o
wszystkich za słonych zupach. I zbił swój ą śliczną żonę. Zapomniał przy tym, że mieszka przez
ścianę z teściem sołtysem.
Kiedy Beżena wyrwała się z ciężkich łap męża, przybiegła do ojca z podbitym okiem, potarganymi
włosami i z wielkim płaczem.
Tadeusz Mickiewicz nie lubił dużo mówić. Córkę jedynaczkę kochał nad życie. Zakazał jej wracać [ Pobierz całość w formacie PDF ]




 

Powered by WordPress dla [Nie kocha się ojca ani matki ani żony ani dzieca, lecz kocha się przyjemne uczucia, które w nas wzbudzają]. Design by Free WordPress Themes.