[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Zaczekał na nią na ścieżce. Szła ostrożnie, zważając na każdy krok.
Wiedziała, że w razie czego może na niego liczyć... choć wolała nie korzystać z
tej pomocy.
Szedł pierwszy, nie oglądając się, ale odsuwając przed nią gałęzie. Pewnie
jest wściekły, a mimo to zachowuje się jak dżentelmen. Jeszcze bardziej tym ją
sobie zjednuje. A z drugiej strony nie chce iść z nią po te dzieci, myśli
wyłącznie o własnej firmie. O tym stale powinna pamiętać. Więc skąd to nagłe
przekonanie, że może się w nim zakochać?
- Tędy. - Gage odsunął gałąz i wskazał przejście. - Spostrzegłem to
miejsce, gdy szedłem po ciebie. Skorzystasz?
Zaskoczona, popatrzyła na strumyczek wijący się wśród bujnej
roślinności. Ze ścieżki był niewidoczny. Trzeba było wejść głębiej, by go
spostrzec. Woda szemrała cicho.
Uśmiechnęła się do Gage'a z wdzięcznością.
- Dzięki.
Coś dziwnego przemknęło w jego oczach. Odwrócił spojrzenie i skinął
głową.
Podeszła do strumyka i przyklękła, by chłodna woda obmyła ją z błota. Z
prawej strony dobiegło ją pluskanie: to Gage, pochylony nad wodą, korzystał z
okazji, by się umyć. Kiedy skończył, usiadł i czujnie przyglądał się okolicy.
Jennifer spłukała włosy, położyła się na trawie, by obeschnąć. Ptaki
śpiewały, ze wszystkich stron dobiegały odgłosy natury. Jennifer przymknęła
oczy, w milczeniu wsłuchiwała się w ciszę. Było tak błogo.
- Jestem wierzący - nieoczekiwanie odezwał się Gage. Zaskoczyło ją to
nagłe wyznanie. Poczuła ulgę. Milczała.
- 67 -
S
R
- Trochę w życiu przeszedłem - ciągnął Gage. Miała wrażenie, że robi to
chyba wbrew sobie. - Nie chcę teraz do tego wracać. Nie lubię zbyt wiele o
sobie mówić, obnażać się, choć kobiety często tego oczekują. Krótko mówiąc,
doszedłem do wniosku, że choć Bóg obdarza nas swoją miłością, to poddaje nas
próbom, przez które musimy przejść, pokonać je własnymi siłami. On się nie
wtrąca. Sami, na własnej skórze, musimy doświadczyć trudów życia.
Zasmucił ją tym stwierdzeniem, choć z tymi kobietami rzeczywiście miał
trochę racji.
- Mnie też nie było lekko - odezwała się. - Ale mimo to wierzę, że Bóg
nas nigdy nie opuszcza. Jest w modlitwie, do niego uciekamy się w potrzebie.
Niesie pociechę, gdy człowiekowi jest ciężko na duszy. Każe nam wierzyć i
ufać. I zawsze czuwa nad nami, nawet gdy myślisz, że tak nie jest, zwłaszcza
gdy życie cię doświadcza. A jeśli w to nie wierzysz, nie ma sensu Mu służyć.
Wiedziała, że choć milczy, uważnie słucha jej słów. Patrzył gdzieś w dal.
Nie zdziwiło jej, że kiedy się wreszcie odezwał, zmienił temat.
- Powiesz mi, w jaki sposób ta broń znalazła się na pokładzie samolotu?
- Już ci mówiłam, że nie wiem. Naprawdę. Musisz mi po prostu uwierzyć.
- Serce się jej ściskało, gdy widziała wyraz jego twarzy. - Gdybym wiedziała,
tobym ci powiedziała. Nie lubię broni, boję się jej.
- Przemyt broni a osobiste odczucie to dwie różne sprawy. Tu chodzi
wyłącznie o pieniądze, Jenny.
Ciekawe, czy świadomie tak się do niej zwrócił. Tylko mama tak ją
nazywała. Jednak w jego ustach brzmiało to bardzo na miejscu.
- Wiem. Mogę cię tylko zapewnić, że nie mam z tym nic wspólnego.
Musisz mi wierzyć na słowo.
W jego oczach mignął jakiś cień. Chciał jej wierzyć, ale zbyt wiele
przemawiało przeciwko niej. Nie potrafi.
- Nie mogę.
- Moje słowa niczego nie zmienią, prawda? - zapytała.
- 68 -
S
R
- Jenny, cherie, nie o to chodzi. To naprawdę poważna sprawa. Jeśli
przyłapią mnie na przemycie broni, moja firma leży. A tego za nic nie chcę.
Nie powiedział tego wyraznie, ale powoli cała sprawa stała się jasna. Ta
firma jest wszystkim, co ma. Całym jego oparciem. Być może jest to świadomy
wybór, kto wie? Choć jeśli wcześniej rozczarował się do innych,
prawdopodobnie tak właśnie jest.
- Osłaniasz się w ten sposób.
- To moja sprawa - uciął.
Skinęła tylko głową, no, bo co mu mogła na to odpowiedzieć?
Gage wstał, ruszył z miejsca Dochodzili do ścieżki, gdy zatrzymał się
raptownie. Zamarli w miejscu, zamienili się w słuch. Cisza dzwięczała w
uszach. Oboje nasłuchiwali w napięciu. Już myślała, że to przedwczesny alarm,
gdy naraz sama usłyszała niosące się z daleka odgłosy rozmowy i śmiechu.
- Idą tutaj. Szybko!
Popchnął ją w gęste zarośla, sam wsunął się za nią. Sytuacja była
poważna. Teraz, w pełnym słońcu, łatwiej było ich spostrzec.
- Szukają rebeliantów - wyszeptała Jennifer, wsłuchując się w głosy
żołnierzy, którzy pojawili się w polu widzenia. Jeden z nich pochylił się, by
nabrać wody; drugi oparł karabin o drzewo, przy którym jeszcze niedawno
odpoczywali. - Jest ich więcej. Z tyłu...
Gage położył palec na jej ustach, bo żołnierze nieoczekiwanie ucichli.
Nie miała pojęcia, dlaczego to dotknięcie tak ją poruszyło. Ale tak było.
Trzask jakiejś gałązki wyrwał ją z tego stanu. Przysunęła się do Gage'a,
by lepiej widzieć żołnierzy. Szeptali coś do siebie, w końcu ruszyli wzdłuż
strumienia, od czasu do czasu zerkając w mijane zarośla.
Minęła dłuższa chwila, nim Gage upewnił się, że odeszli na dobre.
Przekręcił się na plecy i popatrzył na dziewczynę. W jego oczach było coś, co ją
zaniepokoiło.
- Co się stało? - zamarła, zdjęta dziwnym lękiem.
- 69 -
S
R
- Cherie, tylko proszę cię, bez paniki. Słyszysz?
Zesztywniała z przerażenia.
- Dlaczego?
Nie musiał nic mówić. Sama już wiedziała. Gałąz znowu musnęła jej
ramię.
Cichy okrzyk mimowolnie wyrwał się z jej ust.
- Nie ruszaj się.
Gałąz dotknęła ją wyżej, tuż przy szyi. Jakby jakiś ciężar zawisł w
wycięciu jej bluzy. Zrobiło się jej gorąco. Jęknęła ponownie.
Gage wyciągnął rękę w stronę węża.
Coś zimnego dotknęło jej szyi. Nieoczekiwanie stanął jej przed oczami
obraz pokąsanego przez węża dziecka. Krzyknęła z przerażenia. Rozpaczliwy,
nabrzmiały lękiem okrzyk przeszył powietrze. Spłoszone ptaki poderwały się do
lotu, gdzieś niedaleko odezwało się jakieś zwierzę.
Gage złapał węża, ściągnął go z Jennifer, ale ona nie czekała. Jak szalona
wybiegła z zarośli. Krzyczała.
Gage odrzucił węża, pobiegł za nią.
Ogarnięta histerią, biegła na oślep, z twarzą białą jak papier. Na widok
Gage'a wpadła mu prosto w ramiona. Akała.
- Biegnijmy! Szkoda czasu!
W tej samej chwili za nimi rozległy się odgłosy strzałów. %7łołnierze byli
coraz bliżej.
Rozpaczliwie przedzierali się przez krzaki. Gage ciągnął za sobą
dziewczynę. Jennifer już nie krzyczała, z przerażenia nie mogła wydobyć z
siebie głosu.
- Przepraszam... ja nie chciałam - zaklinała się zdyszanym szeptem,
starając się uciekać jak najszybciej. - Naprawdę nie chciałam...
- Potem!
- 70 -
S
R
Powinien być bardziej czujny, bardziej przewidujący. Sam jestem temu
winien, beształ się w duchu. Daremnie starał się zgubić prześladowców. Deptali
im po piętach.
- Wiedzą, kim jesteśmy. Mówili, że jak nas złapią, to dostaną nagrodę.
- No nie! - Tylko tego mu było trzeba. - To znaczy, że będą gonić nas do
upadłego.
Popchnął ją przed siebie, znów rozległy się strzały.
- Strzelają do nas!
- Naprawdę? - parsknął, nie zwalniając biegu i pociągając ją za sobą w
zarośla. [ Pobierz całość w formacie PDF ]




 

Powered by WordPress dla [Nie kocha się ojca ani matki ani żony ani dzieca, lecz kocha się przyjemne uczucia, które w nas wzbudzają]. Design by Free WordPress Themes.