[ Pobierz całość w formacie PDF ]

poduchę Shane'a, i nagle bach!
Nic nie czułam. Wcale nie było tak jak w tych komiksach, które Douglas w kółko czyta. Tam, kiedy
jakiś bohater ma wizję - a często im się to zdarza - krzywi się potwornie i jęczy: aaa...
Naprawdę.  Aaaa... . Jakby to bolało.
A ja wam mówię,  ładowanie tych wizji - skądkolwiek się biorą - nie boli. Nic a nic. Po prostu nie ma
informacji, a za sekundę jest.
Jak e - mail.
Dlatego kiedy podniosłam wzrok znad poduszki, z trudem panowałam nad sobą. Miałam ochotę
natychmiast wykrzyczeć wszystko, czego się dowiedziałam, ale przecież agenci specjalni Johnson i Smith by
usłyszeli. A wolałam, żeby się nie zorientowali w sytuacji.
Kiedy jednak mogłam w końcu bezpiecznie podzielić się z innymi tym, co mnie samej wydawało się
czymś niesamowitym, nikt się specjalnie nie przejął.
- Jaskinia? - Głos Ruth przeszedł w przerażony pisk. - Chcesz, żebym poszła do jaskini szukać tego
szczyla? Nie, dziękuję.
Uciszyłam ją. Federalni siedzieli w pokoju obok.
- Nie ty - powiedziałam. - Nie, to ja wlezę do tej jaskini. - Nie chciałam jej zranić, więc nie wyjaśniłam,
że byłaby ostatnią osobą, z którą zdecydowałabym się penetrować podziemne pieczary.
- Ale w jaskini? - spytała Ruth z powątpiewaniem. - Dlaczego miałby zwiewać i chować się w jaskini?
- Paul Huck - powiedziałam. - Paul Huck.
- Kto? - szepnęła Ruth - Kto to jest Paul Huck?
- To facet, który ukrywał się w jaskini - wyjaśniłam po cichu - ponieważ sądził, że ludzie go
prześladują.
Rozmawialiśmy szeptem, siedząc w maleńkim sześcianiku mojej sypialni, podczas gdy agenci specjalni
Johnson i Smith pilnowali reszty terenu. Miałam się pożegnać z chłopcami i moimi przyjaciółmi. Federalni
wspaniałomyślnie przyznali mi na ten cel całe dziesięć minut. Pewnie byli przekonani, że w tej ciasnej klitce nie
zdołam wykręcić żadnego numeru.
Nie zdawali sobie jednak sprawy z tego, że po pierwsze, okno w moim maleńkim pokoiku otwiera się
na tyle szeroko, że przeciętne ludzkie ciało może się przez nie przecisnąć; a po drugie: dwa ciała już się
przecisnęły, aby oddać mi drobną przysługę. Toteż zamiast żegnać się, zgodnie z oczekiwaniami agentów, z
Ruth, Scottem i Dave'em, czatowałam na odpowiedni moment, żeby wymknąć się z chatki. Chciałam jak
najszybciej znalezć Shane'a, który cieszył się dobrym zdrowiem i przebywał całkiem niedaleko.
- Pamiętasz - szepnęłam do Ruth - jak na pierwszym ognisku czytali regulamin? Według regulaminu
Wilcza Jaskinia znajduje się poza terenem obozu. Dzieciak czuł się prześladowany, a jak usłyszał tę bajkę o
Paulu Hucku... To oczywiste, że postanowił zaszyć się w jaskini. Poza tym zabrał całe żarcie i moją latarkę.
- Czy masz jeszcze jakiś inny powód, żeby podejrzewać, że on tam jest? - Ruth chrząknęła znacząco.
- Tak.
Uniosła brwi, zupełnie zaskoczona.
- Naprawdę? To jak to jest z tym gadaniem, że musisz osiągnąć fazę REM, żeby... no, wiesz?
- Pojęcia nie mam - odparłam. - Może jeśli się na czymś mocno skupię...
Nie umiałam tego wytłumaczyć. Kiedy tuliłam poduszkę Shane'a, zapach szamponu wywołał w mojej
głowie obraz Shane'a skulonego przy świetle latarki i opychającego się ciastkami.
Nie wiedziałam, jak to się stało ani czy się jeszcze kiedyś powtórzy Pierwszy raz miałam wizję
zaginionego dziecka na jawie.
Tak czy inaczej, zamierzałam wykorzystać nowo objawioną wiedzę i naprawić to, co sknociłam.
- Moim skromnym zdaniem - powiedziała Ruth - w ogóle nie warto się zajmować tym głupim
dzieciakiem.
- Ruth - potrząsnęłam głową. - Jesteś wychowawczynią!
- Przebrzydły bachor.
- Nie mówiłabyś tak, gdybyś słyszała, jak gra. Ten dzieciak ma talent.
- Niemożliwe.
- Naprawdę. Uwierz mi. - Wspomnienie cudownej muzyki w wykonaniu Shane'a było równie wyrazne
jak moja wizja.
Ruth westchnęła.
- No, skoro tak twierdzisz... Ale na twoim miejscu pozwoliłabym mu tam zostać. Niech sobie gnije w
pieczarze. Sam wróci, jak zgłodnieje.
- Ruth, podobno jakieś dziecko zabłądziło tam kiedyś i umarło. Dlatego jaskinia jest wyłączona z terenu
obozu. Zdaje mi się, że Shane nie potrafił się stamtąd wydostać i dlatego wciąż siedzi w jaskini.
Ruth przybrała sceptyczny wyraz twarzy.
- I myślisz, że tobie uda się stamtąd wyjść, skoro jemu się nie udało?
Poklepałam się po głowie.
- Wbudowany system naprowadzania.
- A, w porządku - powiedziała Ruth - to tak jak w mercedesie mojego taty.
Ciszę, jaka zapadła w obozie po gwałtownej burzy, rozdarł nagle potężny wybuch, odgłos pioruna
brzmiał przy nim jak pstryknięcie palcami. Ruth zakryła uszy dłońmi.
- Rany! - powiedziałam z podziwem. - Ja cię kręcę! Ten twój chłopak zna się na rzeczy.
Ruth opuściła ręce i oświadczyła wyniośle:
- Scott nie jest moim chłopakiem. Na razie - dodała po chwili. - A na wybuchach się zna. Był w końcu
w drużynie Orłów.
Ktoś szarpnął drzwi do sypialni. W progu stanęła agentka specjalna Smith z rewolwerem w ręce.
- Dzięki Bogu, nic ci nie jest - powiedziała na mój widok. W jej niebieskich oczach malowała się
troska. - To może być tylko on. Clay Larsson. Siedz tutaj, a my z agentem Johnsonem pójdziemy zbadać sprawę.
Zostawimy ci policjantkę Deckard i jednego z zastępców szeryfa...
- Dobrze - powiedziałam spokojnie. - Idzcie.
Agentka specjalna Smith posłała mi nerwowy uśmiech, który, jak sądzę, miał mnie podnieść na duchu.
Zamknęła za sobą drzwi. - Zabierajmy się stąd. - Wstałam i podeszłam do okna.
- Mam nadzieję, że wiesz, co robisz - mruknęła Ruth żałośnie. - Oni pewnie przesadzają z tym całym
Clayem Larssonem, ale gdyby rzeczywiście gdzieś się tu czaił?
Odwróciłam głowę i spojrzałam na nią przez ramię z politowaniem.
- Ruth - powiedziałam. - Komu ty to mówisz? Myślisz, że nie poradzę sobie z jakimś damskim
bokserem?
- No dobrze - odparła Ruth. - Jak sobie chcesz... Wyślizgnęłyśmy się cichutko przez okno. Na dworze,
jeśli nie liczyć tajemniczej, pomarańczowej poświaty spowijającej parking, panowały ciemności. Nie było już
tak strasznie gorąco jak w dzień.
Ziemia nie zdążyła obeschnąć po deszczu. Moje tenisówki i dół nogawek, prawie już suche, znowu
nasiąkły wodą. Za każdym razem, kiedy powiał wietrzyk, z wierzchołków drzew kapały krople wody. Było to
dość nieprzyjemne... czego Ruth nie omieszkała zauważyć przy pierwszej okazji.
- Obtarłam sobie kostki - szepnęła.
- Nikt ci nie kazał iść - odszepnęłam.
- Och, pewnie - syknęła Ruth. - Może miałam zostać i użerać się z glinami? Dzięki wielkie.
- Skoro już idziesz ze mną, przestań narzekać.
- W porządku. Tylko że deszcz wzmógł u mnie reakcje alergiczne.
Przysięgam, czasami mam wrażenie, że byłoby łatwiej, gdybym w ogóle nie miała najlepszej
przyjaciółki.
Uszłyśmy jakieś dziesięć metrów, kiedy usłyszałyśmy odgłos szybko zbliżających się kroków.
Syknęłam na Ruth, żeby wyłączyła latarkę, ale ostrożność okazała się zbyteczna. To tylko Scott i Dave biegli za
nami.
- Dobra robota - pochwaliłam. - Agenci totalnie zgłupieli. Scott skromnie schylił głowę.
- Miałaś rację, Jess - oświadczył. - Tampony znakomicie nadają się na lonty.
Zerknęłam na Ruth. [ Pobierz całość w formacie PDF ]




 

Powered by WordPress dla [Nie kocha się ojca ani matki ani żony ani dzieca, lecz kocha się przyjemne uczucia, które w nas wzbudzają]. Design by Free WordPress Themes.