[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Nóż wypadł mi z ręki. Otworzyłam szeroko usta.
Przed nami widniała Madonna piękniejsza niż jakikolwiek obraz, który widziałam do tej
pory. Przed tym malowidłem musiały ustąpić nawet wrota Ghibertiego ze swoimi rajskimi
wizjami.
Obraz przedstawiał trzy postacie: samą Madonnę, leżące na jej podołku dzieciątko Jezus i
stojącego obok nich anioła o kędzierzawych włosach. Twarz Dziewicy należała do Domeniki,
ale jej wyraz - ach! Przypomniałam sobie słowa signora Botticellego, który powiedział
kiedyś, że moja siostra jest piękna tylko wtedy, gdy się smuci. A ta Matka Boska była bardzo
smutna.
Anioł podsuwał Madonnie talerz, na którym leżały winogrona i pszenica. Takie same
winogrona i pszenica, z jakich wyrabialiśmy chleb i wino. Takie same, jak te, z których ktoś
musiał przygotować ostatni posiłek Jezusa.
To z pewnością symbol eucharystii - pomyślałam.
Madonna wyciągała dłoń, by odebrać podarunek. Zrozumiałam, że właśnie dlatego była
taka smutna. Ona już znała los swojego dziecka, tego radosnego niemowlęcia na jej kolanach.
Wiedziała, że ostatnia wieczerza nadejdzie. Wiedziała, że on umrze.
Spojrzałam na Giuliana, który sam także miał przecież małego synka. Wyglądał na
wstrząśniętego i dotarło do mnie, że się nie mylę.
Siedzący obok maestro Orazio szepnął:
- Dobrze Sandro zrobił, że zmienił fach. To jeden z piękniejszych obrazów, jakie
widziałem. Spójrzcie tylko! Cóż za patos!
Lukrecja de Medici wstała i przyjrzała się płótnu z fałszywym uśmieszkiem, igrającym na
jej ustach.
- Signor Botticelli. Przeszedłeś sam siebie. Jakże mistrzowskie pociągnięcia pędzla! Jaka
głębia i bogactwo barw! Signor Pazzi, przyjmuję ten wspaniały dar z wdzięcznością. Dziękuję
ci i gratuluję doboru artysty oraz urody twej pięknej córki...
Mamma rozpromieniła się w jednej chwili. Właśnie na ten moment czekała.
- ...która pewnego dnia uszczęśliwi swą urodą jakiegoś szczęśliwego młodzieńca.
- Jakiegoś młodzieńca? - powtórzyła moja matka. Na jej twarzy zaszła straszliwa
przemiana. Nie wiem, jak to możliwe, by naraz krzywiła się z wściekłości i uśmiechała, ale
tak właśnie było.
- Owszem - odparła signora de Medici. - %7łal, że nie udało się nam zatrzymać jej dla
Giuliana, ale mój młodszy syn dopiero co ogłosił swój zamiar poświęcenia się kościołowi.
Jutro, zaraz po sumie w duomo, wyrusza w podróż do Sieny. Moim najszczerszym życzeniem
jest, by po powrocie zarówno uczestniczył w mszach, jak i sam je celebrował.
Dokoła rozległy się uprzejme oklaski. Zawstydzony Giuliano ukłonił się lekko.
A mamma! %7ładna ilość pasty z koziego mleka nie dałaby rady ukryć tego, co działo się w
jej duszy.
- Rozumiem - powiedziała spokojnym głosem, podnosząc się z miejsca. - Zechciejcie
wybaczyć. Pilnie muszę dopatrzeć czegoś w kuchni.
Po tych słowach uczta dobiegła końca. Pozostali goście wstali z miejsc i zaczęli się
przepychać bliżej arcydzieła signora Botticellego.
Nie byłam w stanie obejrzeć płótna z bliska i wiedziałam, że kiedy wyjdzie dziś ostatni z
gości, utracę tę możliwość na zawsze. Ten obraz nie miał zawisnąć w naszej galerii; nie miał
też zawisnąć na piazza. Należał do Medyceuszy.
Signor Botticelli stał na boku, odgrywając rolę spełnionego artysty. Ale jakaś część jego
duszy musiała przecież wciąż należeć do nas, do jego kamratów spod schodów. I właśnie z tą
częścią chciałam porozmawiać. Przecisnęłam się do niego i ucałowałam go w policzek.
- Dziękuję - szepnęłam mu do ucha, po czym uciekłam. Chciałam, by wiedział, że choć
jedno z nas naprawdę zrozumiało i doceniło jego dzieło.
Kiedy umykałam wydawało mi się, że słyszę, jak woła mnie zupełnie naturalnym głosem.
- Zaczekaj, Floro, proszę...
Ale ja nie mogłam poświęcić mu więcej czasu. Dzięki obrazowi signora Botticellego
wiedziałam, co muszę teraz zrobić.
Pełne smutku oczy Dziewicy. Rysy twarzy należały do Domeniki, ale jej wyraz pochodził
od mojej babci. Tyle zrozumiałam. Wszystkie makabryczne przestrogi nonny, szepty,
półsekrety, uderzenia po głowie. Ona też zachowywała się jak kobieta, która wie, że jej
dziecko jest skazane na zagładę. Ale nie była taka jak Madonna signora Botticellego - nie
przyjmowała pokornie winogron i pszenicy. Była kobietą wojowniczą. I walczyła o mnie - o
nas wszystkich.
Nadciągała wojna, ale nie miała się rozpocząć w signoriach. Miała wybuchnąć w kuchni.
Mamma potrzebowała kogoś, kogo można było obarczyć winą za dzisiejszą katastrofę i
dokładnie wiedziałam, kogo sobie upatrzy.
Głos mammy doleciał do mnie, jeszcze zanim postawiłam stopę za progiem kuchni. Nie
stroiła się już w dobre maniery, które wcześniej nosiła na sobie, jak nosi się drogocenne
kamienie. Krzyczała i wymachiwała rękoma. Rozplotły się jej warkocze, jej oblicze
przypominało krajobraz po lawinie - biała pasta topiła się i odpadała płatami.
- Mam cię dość - wrzeszczała na nonnę, która siedziała w milczeniu i obierała
pomarańczę. - Całymi latami znosiłam twoją obecność. Twoje wieczne podważanie moich
poleceń. Podkopywanie mojego miejsca pani domu. Coś ty sobie umyśliła? %7łe poślubisz
własnego syna?
Za babcią jak strażnik stał Emilio.
- Od dzisiaj to ja wydaję polecenia w tym domu - rzuciła mamma. - Rozumiesz, co
mówię? Ja planuję jadłospis, ja zajmuję się tą zbieraniną z ulicy i ja mówię, kto i dokąd idzie.
- O jakiej zbieraninie mówisz? - odezwałam się, stając pomiędzy mammą i nonną.
- Cicho bądz, Floro - syknęła na mnie babcia.
- Ty! - warknęła mamma, patrząc prosto na mnie. Zmrużyła oczy z nienawiści.
Zrozumiałam, widząc to spojrzenie, że pomyliłam się co do wszystkiego. Nie powinnam
była zakładać, że starając się, ciężko pracując przekonam ją, by mnie pokochała. Błędnie
myślałam, że gdyby nonna nie wzięła mnie pod swoje skrzydła, kiedy byłam brzydkim
dzieciątkiem, to mamma by mnie zaakceptowała. Bez wstawiennictwa babci już dawno
spotkałabym się ze swoim przeznaczeniem na dnie rzeki Arno. Mamma nie pokochałaby mnie
nawet, gdybym była bardziej podobna do Domeniki; nie kochałaby mnie nawet, gdybym
mogła pomóc rodowi; nie pokochałaby mnie nawet, gdybym została zakonnicą; nie kochałaby
mnie nawet, gdyby mogła świetnie wydać mnie za mąż.
I ze świadomością tego wszystkiego, jedyne, co byłam w stanie zrobić, to stanąć
pomiędzy mammą, której nie lubiłam, a nonną, którą szaleńczo kochałam.
- Jedna, jedyna noc, kiedy oczekuję, że zachowasz się normalnie - rzuciła mamma. - A ty
co robisz? Zamieniasz biednego, bezradnego Giuliano w kompletnego wiejskiego głupka.
Powiedz mi, strega, coś ty mu dodała do wina?
Opuściłam ręce wzdłuż boków i zacisnęłam dłonie w pięści. Spojrzałam jej w oczy i nie
zamrugałam.
- Ona nie jest strega - syknął Emilio i ruszył naprzód. Nonna odepchnęła go w tył. [ Pobierz całość w formacie PDF ]




 

Powered by WordPress dla [Nie kocha się ojca ani matki ani żony ani dzieca, lecz kocha się przyjemne uczucia, które w nas wzbudzają]. Design by Free WordPress Themes.