[ Pobierz całość w formacie PDF ]

atmosferze skośnych promieni słońca i żywiąc się jak ziemskie zwierzęta surowymi ślimaka-
mi i porostem. Ale wahanie trwało niedługo; ciekawość i nadzieja przemogły. Zapas żywno-
ści mógł nam wystarczyć na dość długi czas, wzięliśmy też ze sobą trochę wyciśniętego z
wody torfu, spodziewając się, że w słonecznych okolicach uda się go nam o tyle wysuszyć,
aby móc ogień rozpalić. Zresztą postanowiliśmy w razie najgorszym po wyczerpaniu naboju
połowy akumulatorów zawrócić do Kraju Biegunowego.
W pierwszych kilkudziesięciu godzinach drogi nie zdarzyło nam się nic godnego uwagi.
Wąwóz się skończył i wydostaliśmy się na równinę podobną do biegunowej, tylko znacznie
obszerniejszą. Znać na niej było również niedawną powódz; w promieniach wschodzącego
właśnie słońca błyszczały jeszcze tu i ówdzie rozlegle, płytkie kałuże. Tutaj zastanowiła nas
już odmienna flora, choć od bieguna byliśmy zaledwie o kilkadziesiąt kilometrów oddaleni.
Wśród znanych nam już porostów, ale znacznie niklejszych niż na biegunie i rdzawą barwą
zachodzących, sterczały z ziemi jakieś suche badyle, z rzadka rozsiane, a tak spiralnie zwi-
nięte, jak u nas młode listki paproci. Chłód dawał się czuć silnie po nocy, którą te okolice już
mają, choć z powodu, że słońce kryje się zaledwie parę stopni pod horyzont, podobna być
musi raczej do zmierzchu. Rozgrzewaliśmy się zabijając ręce, jak czynią na Ziemi dorożka-
35
rze, kiedy Marcie przyszło na myśl, aby nałamać owych badyli i spróbować rozniecić z nich
ognisko.
Wzięliśmy się zaraz do roboty, jakież było jednakże moje zdziwienie, kiedy pierwszy ba-
dyl, ujęty ręką, począł się rozwijać, to znów kurczyć, zupełnie jak żywa istota. Puściłem go z
mimowolnym okrzykiem trwogi. Ochłonąwszy z pierwszego wrażenia, zacząłem badać te
szczególne rośliny. Uciąłem jedną z nich nożem i przekonałem się, że są to wielkie, podłużne
i mięsiste liście zwinięte podwójnie, naprzód w trąbkę, a potem w ślimak, podobnie jak rulo-
ny angielskiego tytoniu, o brunatnej, z drobnych zdrzewiałych łusek utworzonej zewnętrznej
powłoce. Na stronie wewnętrznej, jasnozielonej, rozsiane były liczne różowe żyłki. Cała ro-
ślina, póki żywa, obdarzona była zdolnością ruchu, podobnie jak nasze mimozy. Najwięcej
zaciekawiło mnie jednak to, że wszystkie te zwinięte liście były znacznie cieplejsze od oto-
czenia - widocznie organizm ich przez jakieś procesy chemo-biologiczne sam sobie w wiel-
kiej ilości wytwarza ciepło, którego mu brak podczas długich nocy.
Wszystko to było bardzo ciekawe, ale ostatecznie nadzieja rozpalenia ognia spełzła zno-
wu na niczym. Zwracaliśmy więc z utęsknieniem oczy ku czerwonemu słońcu, czekając, ry-
chło skąpe jego promienie ogrzeją okolicę.
Do chłodu dołączył się i inny kłopot - nie wiedzieliśmy mianowicie, jaką obrać drogę.
Mieliśmy jechać w stronę, w którą wody spłynęły, ale trudno to było rozeznać na równinie,
całkiem podczas powodzi zalanej. Gdyśmy się jeszcze namyślali rozglądając się po okolicy,
Piotr zauważył w odległości paruset metrów jakiś duży, biały przedmiot. Ruszyliśmy zacie-
kawieni w tę stronę i znalezliśmy nasz namiot, który uniesiony przez powódz, zatrzymał się
dopiero tutaj na niewielkim pagórku. Ucieszyliśmy się z odzyskania zguby podwójnie, raz, że
namiot, jedyny, jakiśmy posiadali, był nam istotnie potrzebny, po wtóre zaś, że mogliśmy
teraz wywnioskować, w jakim kierunku wody spłynęły. Namiot dostał się na tę równinę przez
wąwóz, któryśmy właśnie przebyli, a zatem linia pociągnięta od ujścia wąwozu do miejsca,
gdzieśmy go znalezli, wytyczała mniej więcej kierunek prądu odpływającej 'wody. Linia ta
biegła przez płaszczyznę ku południu z małym zboczeniem na zachód.
Posuwając się w tę stronę, natrafiliśmy na wąski, kręty wąwóz górski, a następnie po
przebyciu jeszcze jednej niewielkiej kotlinki dostaliśmy się na szeroką, zieloną dolinę, cią-
gnącą się wprost ku południu.
Po obu jej stronach wznosiły się wysokie pasma gór z licznymi, tkwiącymi w ich trzonie
kraterami, podobnymi do tych, które zasiewają bezpowietrzną półkulę Księżyca. Szczyty gór
pokryte były śniegiem; śnieg, spadły widocznie w nocy, leżał także jeszcze miejscami w doli-
nie, tając dopiero w promieniach niewiele nad horyzont wzniesionego słońca.
Zciekające zeń wody tworzyły spory potoczek, płynący bystro w licznych zakrętach.
W tej dolinie postanowiliśmy zatrzymać się pewien czas, przekonaliśmy się bowiem, że
dalsza droga na południe o tak wczesnej porze dnia narażałaby nas na dotkliwe zimno w oko-
licach, gdzie jest coraz większa różnica między średnią ciepłotą dnia a nocy.
Gdyśmy wyruszyli znowu, słońce ubiegło już blisko trzecią część swojej dziennej drogi.
Było ciepło i jasno. Zniegi w dolinie zniknęły całkowicie, a owe zwinięte badyle, przeważają-
ce już tutaj nad nikłymi porostami, zaczęły pod wpływem słonecznego ciepła rozwijać się
szybko w ogromne, różnymi odcieniami zieloności malowane liście. Kształt ich był nader
rozmaity; jedne podobne były do olbrzymich wachlarzy obwieszonych delikatną, ruchliwą
frędzlą, inne znowu, nakrapiane różnymi barwami, wśród których przeważała czerwona i
ciemnobłękitna, przypominały jakieś bajeczne pawie pióra. Były tam i takie, co miały brzegi
wycięte w formę akantusowego liścia i najeżone kolcami, i takie, co zwinięte u dołu, tworzyły
lejki, i jeszcze inne, gładkie i lśniące albo pokryte długim, żółtozielonym włosem, spadają-
cym po obu stronach aż do ziemi - słowem, największa rozmaitość barw i kształtów, a [ Pobierz całość w formacie PDF ]




 

Powered by WordPress dla [Nie kocha się ojca ani matki ani żony ani dzieca, lecz kocha się przyjemne uczucia, które w nas wzbudzają]. Design by Free WordPress Themes.