[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Dał nurka pod gałąz, pobiegł niezgrabnie, potem zatrzymał się i zaczął nasłu-
chiwać.
Doszedł do terenu strzaskanych drzew owocowych i zaczął jeść łapczywie.
Zobaczył dwóch maluchów i nie zdając sobie sprawy ze swego wyglądu, zdziwił
się, że wrzasnęli i uciekli.
Najadłszy się poszedł na plażę. Słońce padało teraz ukosem pomiędzy palmy
przy rozwalonym szałasie. Nie opodal była granitowa płyta i basen. Najlepiej by-
łoby nie zważać na ciążące na sercu uczucie i zdać się na ich zdrowy rozsądek,
ich dzienny rozsądek. Teraz, jak dzicy się najedli, najlepiej jeszcze raz spróbować.
I tak nie mógłby zostać na noc sam w szałasie przy opustoszałej płycie. Ciarki
przeszły mu po grzbiecie i owiał chłód w popołudniowym słońcu. Nie ma ogni-
ska, nie ma dymu, nie ma ocalenia. Odwrócił się i pokuśtykał w stronę Jackowego
krańca wyspy.
Ukośne pręty światła słonecznego gubiły się wśród gałęzi. Doszedł wreszcie
do polanki w lesie, gdzie na skalistym gruncie nie rosła żadna roślinność. Polanka
była teraz rozlewiskiem cienia i Ralf o mało nie rzucił się do ucieczki ujrzawszy
coś sterczącego na środku; stwierdził jednak po chwili, że biała twarz, którą zoba-
czył, to tylko kość i że to świńska czaszka na kiju szczerzy do niego zęby. Wszedł
powoli na środek polanki nie odrywając oczu od czaszki, która połyskiwała bielą
jak koncha i jakby drwiła z niego cynicznie. W jednym z oczodołów uwijała się
wścibską mrówka, poza tym z czaszki ziało jedynie martwotą.
Ale czy tylko martwotą?
Mrowie przeszło mu po plecach. Stał przed zawieszoną na poziomie swojej
twarzy czaszką i przytrzymywał włosy obiema rękami. Zęby szczerzyły się, puste
oczodoły władczo przykuwały jego wzrok.
Co to?
Czaszka patrzyła na Ralfa jak ktoś, kto wie wszystko, ale nie chce powie-
dzieć. Ralfa opanował nagle strach i wściekłość. Palnął gwałtownie pięścią w sto-
jące przed nim plugastwo, aż odskoczyło jak na sprężynie i powróciło do dawnej
pozycji, wciąż szczerząc zęby, więc zaczął tłuc zapamiętale i krzyczeć z odrazy.
Potem stał liżąc rozbite knykcie i patrzył na pusty kij, a czaszka leżała w dwóch
140
kawałkach, jak rozdziawione w śmiechu usta. Wyrwał drgający kij ze szczeliny
w skale i wymierzył go jak włócznię w stronę bielejących kości. Potem zaczął się
cofać, zwrócony twarzą do czaszki, która szczerzyła zęby w niebo.
Kiedy zielony poblask znikł z horyzontu i zapanowała noc, Ralf przyszedł
znów w gęstwinę przed Skalnym Zamkiem. Wytężając wzrok spostrzegł, że na
szczycie skały wciąż ktoś jest i trzyma włócznię w pogotowiu. Klęcząc w ciem-
ności dotkliwie odczuwał swoje odosobnienie. Prawda, że to dzikusy, ale przecież
ludzie, a strachy nocy nadciągają.
Ralf jęknął cichutko. Mimo że był zmęczony, nie mógł położyć się i zapaść
w sen, z obawy przed szczepem. Może dałoby się wejść odważnie na Zamek, po-
wiedzieć:  Zamawiam  roześmiać się beztrosko i zasnąć wśród innych? Udać,
że wciąż są małymi chłopcami, uczniakami, którzy mówili kiedyś:  Tak, psze
pana  i nosili szkolne czapki? Zwiatło dnia może odparłoby, że tak, ale ciemno-
ści i groza śmierci odpowiadały: nie. Leżąc po ciemku w gęstwinie wiedział, że
jest wygnańcem.
 Bo nie zatraciłem rozsądku.
Otarł twarz ramieniem czując drażniący zapach soli i potu, i zatęchłego brudu.
Gdzieś z lewej strony rozlegało się sapanie, ssanie i wrzenie fal oceanu na skałach.
Zza Skalnego Zamku dolatywały jakieś głosy. Odwracając uwagę od rozhuś-
tanego morza Ralf wytężył słuch i usłyszał dobrze znany refren.
 Nożem zwierza! Ciach po gardle! Tryska krew!
Dzicy tańczyli. Gdzieś po drugiej stronie tego skalnego muru jest ciemny
krąg, płonące ognisko i mięso. Dzicy delektują się jadłem, spokojem i bezpie-
czeństwem.
Wzdrygnął się na jakiś bliższy odgłos. Dzicy wspinali się na Skalny Zamek,
na sam szczyt skały. Słyszał ich głosy. Przekradł się parę kroków bliżej i ujrzał,
jak kształt na szczycie skały zmienia się i powiększa. Na całej wyspie było tylko
dwóch chłopców, którzy poruszali się i rozmawiali w taki sposób.
Ralf opuścił głowę na ramiona, przyjmując ten nowy fakt jak cios. Samieryk
stał się członkiem szczepu. Strzeże Skalnego Zamku przeciw niemu. Nie ma już
żadnych szans na wyswobodzenie ich i utworzenie własnego szczepu, szczepu
wygnańców na drugim końcu wyspy. Samieryk stał się dziki tak samo jak inni;
Prosiaczek nieżywy, a koncha roztarta na proch.
W końcu zmieniony strażnik zszedł na dół. Dwaj pozostali wyglądali niby
ciemne przedłużenie skały. Pomiędzy nimi zabłysła nagle gwiazda i na chwilę
znikła przyćmiona jakimś ruchem.
Ralf posuwał się ostrożnie naprzód jak ślepiec, wyczuwając dotykiem nierów-
ności gruntu. Po prawej stronie miał niewyrazne wody laguny, po lewej niespo-
kojny ocean, straszny jak szyb kopalni. Co minutę koło skały śmierci rozlegało się
sapnięcie i woda zakwitała pieniącą się bielą. Ralf czołgał się, póki nie dotknął rę-
ką skalnej półki wejścia. Strażnicy znajdowali się wprost nad nim i widział koniec
141
włóczni sterczący sponad skały.
Zawołał cichutko:
 Samieryk. . .
%7ładnej odpowiedzi. %7łeby usłyszeli, musiałby mówić głośniej, a to ściągnęło-
by te pasiaste, wrogie stwory ucztujące przy ognisku. Zacisnął zęby i zaczął się
wspinać szukając po omacku załamań w skalnej ścianie. Kij, na który była wbita
czaszka, krępował mu ruchy, ale za żadną cenę nie chciał rozstać się z jedyną bro-
nią, jaka mu została. Był niemal na jednym poziomie z blizniakami, kiedy znów
zawołał:
 Samieryk. . .
Usłyszał okrzyk i poruszenie na skale. Blizniacy przycisnęli się do siebie i za-
częli coś mamrotać.
 To ja. Ralf.
Przerażony, że uciekną i narobią wrzasku, dzwignął się w górę unosząc głowę
i barki ponad krawędz. Daleko w dole spostrzegł rozkwitającą biel wokół skały.
 To tylko ja. Ralf.
Wreszcie pochylili się ku niemu i zajrzeli mu w twarz.  Myśleliśmy, że to. . .
 . . . nie wiedzieliśmy, co. . .
 . . . myśleliśmy. . .
Przypomnieli sobie obowiązującą ich teraz haniebną lojalność. Eryk milczał,
lecz Sam próbował spełnić obowiązek.
 Musisz stąd iść, Ralf. Idz sobie zaraz. . .
Potrząsnął włócznią i udał srogość.
 Zjeżdżaj.
Eryk kiwnął solidarnie głową i dzgnął włócznią powietrze. Ralf oparł się na
rękach i nie odchodził.
 Przyszedłem was zobaczyć.
Głos jego brzmiał głucho. Bolało go gardło.
 Przyszedłem, żeby zobaczyć was dwóch. . .
Słowa nie były w stanie wyrazić tępego bólu, który go nękał. Umilkł, a po
niebie rozsypały się jasne gwiazdy, rozpoczynając taneczny korowód.
Sam poruszył się niespokojnie.
 Słowo daję, Ralf, idz już sobie.
Ralf spojrzał na nich.
 Wy nie jesteście pomalowani. Jak możecie. . . gdyby było jasno. . .
Gdyby było jasno, spaliliby się ze wstydu. Ale była ciemna noc. Włączył się
Eryk i blizniacy zaczęli swą antyfonalną mowę.
 Musisz iść, bo tu niebezpiecznie. . .
 . . . kazali nam. Sprali nas. . .
 Kto? Jack?
 Och, nie. . .
142 [ Pobierz całość w formacie PDF ]




 

Powered by WordPress dla [Nie kocha się ojca ani matki ani żony ani dzieca, lecz kocha się przyjemne uczucia, które w nas wzbudzają]. Design by Free WordPress Themes.