[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Ja dla pana - odpowiedział asystent.
- Ja pana nie zmuszam - rzekł szef - Skoro ma pan pretensje do zarabiania pięćdziesięciu franków
dziennie, musi pan je w jakiś sposób uzasadnić.
- Minus trzydzieści franków za bilet... - powiedział asystent.
- Jaki bilet? Opłacam panu przejazd tam i z powrotem.
- Fałszywymi biletami.
- A, to trzeba uważać.
- A niby w jaki sposób miałbym to zauważyć?
- To nic trudnego - powiedział szef. - Są bez wątpienia fałszywe te, które zrobiono z falistego
kartonu. Bilety normalne są drewniane.
- Dobrze - powiedział asystent. - Pan mi zwróci moje trzydzieści franków.
- Nie. Wszystkie te znaczki są w złym stanie.
- To nieprawda - sprzeciwił się asystent. - Dwie godziny zajeło mi wyłowienie ich i musiałem
jeszcze wyrąbać przerębel. zachowałem wszelkie środki ostrożności i na sześćdziesiąt tylko dwa są
zniszczone.
- Ale nie takie chciałem - powiedział szef. - Chcę dwieście sztuk Gujany 1855. I do niczego nie jest
mi potrzebna seria z Zanzibaru, którą złapał pan już wczoraj.
- Biorę, co znajdę - rzekł asystent. - Zwłaszcza używając takiej siatki. A poza tym, to nie sezon na
Gujany. A Zanzibary może sobie pan wymienić.
- W tym roku wszyscy je mają - powiedział szef. - Już nic nie są warte.
- A zmoczone nogi, kopiąca furtka i gałka przy drzwiach... - wybuchnął nagle asystent.
Jego mizerna, pożółkła twarz pokryła się zmarszczkami i wyglądał, jakby był gotów się rozpłakać.
- To pana zahartuje - powiedział szef. - A co ja niby mam tu robić? Ja się nudzę.
- Niech pan idzie szukać znaczków - rzucił asystent. Udało mu się powstrzymać za cenę
olbrzymiego wysiłku.
- Panu za to płacę - powiedział szef. - Pan jesteś złodziej. Kradnie pan pieniądze, które pan zarabia.
Asystent pełnym znużenia ruchem przetarł czoło wyświechtanym rękawem. Głowę miał jasną jak
dzwon. Stolik uchylił się przed nim lekko, więc musiał poszukać jakiegoś innego punktu wsparcia.
Lecz kominek również się wywinął i asystent padł jak długi.
-Wstawaj pan - powiedział szef. - Tylko nie na moim dywanie...
- Chciałbym zjeść kolację - rzekł asystent.
- Kiedy indziej, jak przyjdzie pan wcześniej - odparł szef. -Wstawaj pan. Nie chcę pana widzieć na
moim dywanie. Wstawaj pan do wszystkich diabłów!
Głos drżał mu z wściekłości, a węzlaste dłonie bębniły o biurko.
Asystent wykonał straszny wysiłek i udało mu się uklęknąć. Bolał go brzuch, a z ręki płynęła
posoka i krew. Owinął ją brudną chusteczką do nosa.
Szef dokonał szybkiego wyboru i rzucił mu trzema znaczkami w twarz. Przywarły do jego policzka
z cichym odgłosem przyssawki.
- Odniesie je pan tam, skąd je pan przyniósł - powiedział. Wyrzucał z siebie sylaby w taki sposób,
by nabrały kształtu
ostrych strzał.
Asystent płakał. Miękkie włosy spadały mu na czoło a znaczki znaczyły lewy policzek. Ciężko
wstał.
- Powtarzam po raz ostatni - powiedział szef- nie chcę żadnych znaczków w złym stanie. I nie
opowiadaj mi tu pan historii
o siatce.
- Dobrze, proszę pana - odrzekł asystent.
- Oto pańskie pięćdziesiąt franków - powiedział szef. Wyciągnął banknot z kieszeni, naplul nań,
przedarł na pół
1 rzucił na ziemię.
Asystent pochylił się z trudem. Jego kolana trzasnęły, wydając dzwięki suche i krótkie.
- Ma pan brudną koszulę - powiedział szef- dzisiejszej nocy będzie pan spał na zewnątrz.
Asystent podniósł banknot i wyszedł z pomieszczenia. Wiatr wiał w najlepsze i trzepotał falistą
szybą o kratkę z kutego żelaza przy drzwiach prowadzących do westybulu. Asystent zamknął drzwi
do gabinetu, nie omieszkawszy obrzucić ostatnim spojrzeniem postaci szefa. Ten zaś, pochylony
nad albumem ze znaczkami z Zanzibaru, uzbrojony w dużą, żółtą lupę. zaczął oglądać je dla
dokonania wyceny.
IV
Asystent zszedł po schodach, przyciskając do siebie długą marynarkę, pozieleniałą od nazbyt
częstych kontaktów z wodą z kałuż ze znaczkami. Wiatr wciskał się przez dziurki w materiale i
wydymał plecy asystenta, tak że wyglądał on, jakby był garbaty, co nie pozostawało bez ujemnego
wpływu na jego kręgosłup; cierpiał na mimetyzm wsobny i codziennie musiał walczyć o to, by jego
znajdujące się w kiepskim stanie organy zachowały zwykły kształt i normalne funkcje.
Była już głęboka noc, a ziemia wydzielała tanie, przyćmione światło. Asystent skręcił w prawo i
poszedł wzdłuż ściany domu. Kierował się wedle czarnej linii, jaką tworzył rozwinięty wąż, którego
szef używał do topienia szczurów w piwnicy. Dotarł do pobliskiej przegniłej budy, gdzie spał już
poprzedniej nocy. Znajdująca się wewnątrz słoma była wilgotna i cuchnęła karaluchami. Strzęp
starego koca maskował okrągłe wejście. Kiedy go uniósł, by wśliznąć się po omacku do środka,
rozbłysło oślepiające światło I rozległ się wybuch. W budzie wybuchła spora petarda, napełniając ją
gryzącym zapachem prochu.
Asystent aż podskoczył, a serce tłukło się w nim jak oszalałe. Usiłował osłabić uderzenia
wstrzymując oddech, lecz wszystko zaczęło mu latać przed oczami i łapczywie połknął haust
powietrza. Smród prochu wdarł mu się jednocześnie do płuc i uspokoił nieco.
Asystent zaczekał aż nastanie cisza i uważnie nadstawił ucha, po czym zagwizdał cichutko. Nie
odwracając się wszedł na czworakach do budy i wyciągnął się na obrzydliwej słomie. Znów
zagwizdał i natężył słuch. Zbliżały się ciche i lekkie kroczki i w bladym świetle ziemi dostrzegł
swoją żywą rzecz, włochatą i łagodną, oswojoną, którą karmił, jak tylko mógł, martwymi rybami.
Weszła do budy i położyła się na nim. Asystent przypomniał sobie wszystko i uniósł dłoń do
policzka. Trzy znaczki zaczęły wysysać mu krew, więc oderwał je brutalnie, powstrzymując się od
krzyku. Wyrzucił je z budy, daleko od siebie. %7ływa rzecz zaczęła go lizać po policzku, on mówił do
niej, żeby się uspokoić. Szeptał cicho, gdyż jego szef, kiedy był sam, używał różnych podsłuchów.
- Wkurza mnie - westchnął.
%7ływa rzecz zaszemrała słodko i lizała go w najlepsze.
- Myślę, że powinienem coś zrobić. Nie pozwolić się maltretować, wkładać czyste koszule, mimo
jego oporu, i mieć drewniane, fałszywe bilety. A oprócz tego nareperować siatkę i unikać
dziurawienia jej. Sądzę, że powinienem sprzeciwić się wyrzucaniu mnie na noc do budy i zażądać
dla siebie pokoju, a także domagać się podwyżki, bo nie mogę przecież żyć za pięćdziesiąt franków
dziennie. A także utyć, stać się krzepkim i bardzo przystojnym, i zbuntować się, zanim on zacznie
się czegokolwiek spodziewać, i rzucić mu cegłę na łeb. Myślę, że to zrobię.
Zmienił pozycję i rozmyślał tak intensywnie, że powietrze buchało z budy przez okrągły otwór
wielkimi kłębami i wewnątrz nie zostało go dość do oddychania. Trochę wpadało przez szpary i
spod podłogi, przez słomę, lecz zwiększało to natężenie zapachu karaluchów, z którymi mieszał się
jeszcze dodatkowo niemiły odór ślimaków w rui. [ Pobierz całość w formacie PDF ]




 

Powered by WordPress dla [Nie kocha się ojca ani matki ani żony ani dzieca, lecz kocha się przyjemne uczucia, które w nas wzbudzają]. Design by Free WordPress Themes.