[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Wódz zapytał:
- Kim są ci czterej biali?
Wohkadeh wymienił najpierw Grubego Jemmy'ego i Długiego Davy'ego i dodał, że to wielki
zaszczyt dla Siuksów, że Zawitali do nich tak słynni myśliwi.
- A dwaj pozostali?
Wohkadeh nie odczuł zakłopotania. Odpowiedz przygotował wcześniej. Wymienił jakieś
nazwisko dla Franka i oświadczył, że Marcin jest jego synem.
Wódz ani drgnął, zapytał tylko: Czy Wohkadeh nie wie, że niedzwiedziarz ma syna imieniem
Marcin?
- Nie.
I że mieszka z nim człowiek zwany HobbIe- Frankiem?
Nie.
Wohkadeh zachował spokój zewnętrzny, chociaż zrozumiał, że sprawa jest przegrana. Teraz
wódz huknął: Wohkadeh jest psem, cuchnącym wilkiem! Czy sądzi, że nie wiemy, iż schwytaliśmy
Franka oraz syna niedzwiedziarza? Wohkadeh sprowadził białych, aby odbili jeńców. Podzieli zatem
ich los! Zgromadzenie wojowników postanowi dzisiaj przy ognisku, jaką śmiercią ma zginąć
Wohkadeh
Odprowadzono Wohkadeha i przytroczono go do konia, gdyż niebawem trzeba było wyruszyć w
drogę. To samo spotkało innych jeńców.
Przy Wohkadehu było dwóch strażników, którzy jednocześnie mieli za zadanie trzymać jeńca z
dala od białych.
%7łal było patrzeć, jak nieszczęśliwie siedzieli na koniach Baumann i jego pięciu towarzyszy.
Gdyby im nie przywiązano nóg do wierzchowców, nie utrzymaliby się na ich grzbietach.
Jemmy szepnął do przyjaciela:
Cierpliwości, stary! Musiałbym się bardzo mylić, gdyby Old Shatterhand nie był w pobliżu. To,
co właśnie zrozumieliśmy, mianowicię to, że jesteśmy głupcami, on wiedział już dziś rano. W
każdym razie przybędzie z oddziałem czerwonoskórych. Postarałem się więc, aby wpadli na nasz
ślad.
Jakim sposobem?
- Patrz! Wydarłem sobie kawał sierści z futra i zębami rozerwałem na drobne kawałki. Tam,
gdzie leżeliśmy, zostawiłem taki kłak i podczas jazdy opuszczałem od czasu do czasu po kawałeczku.
Zostaną na miejscu, bo nie ma wiatru. Gdy Old Shatterhand przyjedzie do tego piekielnego budynku,
znajdzie kawałek futra i zrozumie, że podczas takiego upału tylko Jemmy mógł go zostawić. Zacznie
szukać, znajdzie pozostałe kłaczki i dowie się w jakim kierunku pojechaliśmy. Siuksowie nie jechali
w stronę rzeki. Dla nich byłaby to droga okrężna. Podążyli na wyżynę o nazwie Grzbiet Słonia, a
następnie skierowali się na wprost, do łańcucha gór, dzielących Ocean Atlantycki od Spokojnego.
Gruby Jemmy nie mylił się sądząc, że Old Shatterhand czuwa w pobliżu. Minęły zaledwie trzy
kwadranse od zniknięcia Siuksów za wyżyną, gdy Old Shatterhand na czele Upsaroków i Szoszonów
przybył z północy drogą, którą utorowały konie pięciu śmiałków. Jechał na czele wraz z synem
wodza Szoszonów oraz mężem leków Upsaroków. Oczy wbił w ziemię. Nie uszedł jego uwadze
żaden ślad Zdumiał go wprawdzie widok szczególnej budowli, ale na pytanie męża leków odparł
natychmiast:
Przypominam sobie. To nie jest dom, ale skała. Byłem już tam i byłbym bardzo zdziwiony, gdyby
nasi uciekinierzy nie zajrzeli do wnętrza tego pałacu. To jest... Do licha!
Zeskoczył z konia i zaczął badać twardy, bazaltowy grunt. Natknął się bowiem na trop Siuksów.
Jechało tędy wielu ludzi i to przed niecałą godziną - rzekł Obawiam się, że to byli Siuksowie
Ogallalla. Kto mógł ciągnąć tędy w takiej sile jeśli nie oni? Ten dom wygląda podejrzanie.
Rozdzielili się aby go otoczyć.
Pomknęli galopem naprzód. Otoczyli skałę i Old Shatterhand sam udał się do wnętrza. Polecił,
aby w momencie gdy kilkakrotnie wystrzeli wojownicy pośpieszyli za nim.
Sporo czasu minęło zanim wrócił. Wyraz jego twarzy był poważny i zatroskany.
- Nie możemy tracić ani chwili - oświadczył. - Siuksowie Ogallalla schwytali białych i
Wohkadeha i uprowadzili ich przed jakąś godziną.
- Czy aby mój brat wie o tym dokładnie? - zapytał Ogniste Serce.
- Tak. Widziałem ślady i zbadałem je dokładnie. Gruby Jemmy zostawił mi znak i wierzę, że
znajdziemy jeszcze sporo takich znaków. Pokazał strzępek futra znaleziony na podwórzu. Było na nim
tylko pięć czy sześć włosków, najlepszy dowód, że pochodził z futra Grubego Jemmy'ego.
Co zamierza Old Shatterhand? - zapytał czerwonoskóry. - Czy chce jechać w ślad za Ogallalla?
- Tak, i to natychmiast.
A jeśli wrócimy do Winnetou, czy nie znajdziemy ich równie pewnie nad rzeką Kraterów?
- Tak, spotkalibyśmy ich tam. Ale lepiej będzie wziąć Siuksów w dwa ognie. Musimy zatem
jechać w ślad za nimi. A może moi czerwoni bracia są innego zdania?
- Nie! - odpowiedział gniewnie olbrzym. - Cieszymy sięr że wpadliśmy na trop Ogallalla.
Przywódcą jest Ciężki Mokasyn, a ja z całej duszy pragnę go mieć w swojej garści. Jedzmy!
Trudno było odczytać ślad i dlatego trzeba było powoli jechać. Grunt stanowiła wulkaniczna
masa. O właściwych śladach koni nie mogło być mowy. Jedynie drobne, zmiażdżone kamyki
świadczyły o jezdzcach. Należało zatem wytężać uwagę. Kawałeczki futra Jemmy'ego, znajdowane
od czasu do czasu, bardzo ułatwiały jazdę. Po pewnym czasie droga skręcała na prawo, a więc na
południowy zachód. Oddział dojechał do wyżyny, która dzieliła dwa oceany. Z góry widać było na
prawo potoki, które przez Yellowstone i Missouri wpadają do Mississipi, a więc do Zatoki
Meksykańskiej, podczas gdy na lewo, w dolinie, wody mknęły ku Snake River, a następnie wpadały
do Oceanu Spokojnego.
Teren, nie był tak surowy jak poprzednio, ziemia bardziej miękka, strumyki zaś, nie przepojone
siarką, zawierały zdrową i świeżą wodę, sprzyjającą rozwojowi roślinności. Coraz więcej było tu
trawy, krzewów i drzew. Trop ściganych został odnaleziony i odciskał się znacznie wyrazniej.
Niestety, zbliżał się wieczorny mrok. Należało więc popędzić rumaki, aby jak najbardziej
wykorzystać pozostawione ślady. Wreszcie jezdzcy wjechali na wspomnianą wyżynę. Jaza była
ciężka, a nawet niebezpieczna, pomiędzy odłamkami skał i gęstymi krzewami. Zapadł wieczór.
Ponieważ należało się trzymać śladu, który był niewidoczny w mroku, więc jezdzcy musieli urządzić
postój. Dotychczasowe milczenie trwało nadal. Wszyscy mieli uczucie, jak gdyby, znajdowali się w
przededniu rozstrzygających wydarzeń. Nie zapalono ogniska, ponieważ Old Shatterhand stwierdził
po tropach, że wrogowie są oddaleni o niecałe dwie mile angielskie. Nie można więc było pozwolić
aby Siuksowie spostrzegli ognisko i odkryli pogoń.
Wszyscy zawinęli się w derki i ułożyli do snu. Uprzednio zaciągnięto straże. Ledwo zajaśniał
brzask, ledwo można było odróżnić poszczególne przedmioty, podjęto dalszą jazdę.
Zlady Ogallalla były jeszcze wyrazne. Po godzinie Old Shatterhand oświadczył, że Siuksowie
Ogallalla wczoraj nie obozowali. Nie chcieli odpoczywać dopóki nie dotrą do rzeki Kraterów. Nie
był to dobry znak. Niestety, ścigający nie mogli wykorzystać rączości swoich rumaków, gdyż
roślinność ponownie znikła i zamiast miękkiej ziemi, rozciągał się wulkaniczny, twardy grunt.
Nie można było znalezć tropu. Old Shatterhand przypuszczał, że Siuksowie Ogallalla nie zboczyli
z dotychczasowego kierunku, jechał więc wciąż przed siebie. Przekonał się niebawem, że postąpił
słusznie. Wyłoniły się przed nimi wyżyny kraterów, za którymi bez przerwy wrzały słynne gejzery. [ Pobierz całość w formacie PDF ]




 

Powered by WordPress dla [Nie kocha się ojca ani matki ani żony ani dzieca, lecz kocha się przyjemne uczucia, które w nas wzbudzają]. Design by Free WordPress Themes.