[ Pobierz całość w formacie PDF ]

 Niech pan tak zrobi. Należy wierzyć w Boga.
Henry Hubbard zwolnił hamulce i sno-cat zaczął pełznąć zamarzniętą drogą, prowadzącą w
kierunku lodowca Sheenjek. Nie poruszał się szybko, w idealnych warunkach i przy płaskim lodzie
może mógł osiągnąć pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Teraz igła prędkościomierza oscylowała
między trzynaście a dwadzieścia cztery.
Huk silnika i brzęk gąsienic był w kabinie tak głośny, że Jim musiał się wydzierać.
 Nie możemy jechać szybciej!
 To maksimum! Pojechalibyśmy szybciej, to rozleciałby się na kawałki!
Jim wyjrzał przez tylne okno. Na razie nikt ich nie ścigał. Pełzli ślimaczym tempem w dół
stromego zbocza wąwozu, który prowadził do lodowca. Centymetr po centymetrze pięć domów, z
których składała się maleńka społeczność Zatoki Utraconej Nadziei, zaczęło znikać za horyzontem.
Widać było już tylko łopoczącą na maszcie amerykańską flagę. W lecie nigdy jej nie spuszczano,
ponieważ nigdy nie robiło się całkiem ciemno.
 Wygląda na to, że się udało, panie Rook  odezwał się Jack.
 Daj spokój, Jack. Możesz mi mówić Jim. Zostaw sobie  pana Rooka" na lekcje.
Pozostało im jeszcze jakieś sto metrów do skraju lodowca Sheenjek, ale Jim ciągle spoglądał do
tyłu. Uruchamiając sno-cata, narobili mnóstwo hałasu, na dodatek nie ufał Matty'emu Kraussowi.
Jeśli zaalarmował Johna Kudavaka, że odjechali, dostanie pojazd z powrotem i będzie mógł
zatrzymać pieniądze.
 Trzymajcie się!  krzyknął Henry i przygazował.
W tym momencie Jim dostrzegł przez mlecznobiałą, zniszczoną szybę z pleksi migające
reflektory. Na dwie, może trzy sekundy zniknęły, zaraz jednak pojawiły się znowu  znacznie
bliżej. Zcigał ich zielony ford explorer, a jedyną osobą, posiadającą w Zatoce Utraconej Nadziei taki
samochód, był John Kudavak.
 To Kudavak!  wrzasnął.  Daj gazu, Henry, dogania nas!
 Nic z tego. To nie corvetta. na Boga!
Jim znów popatrzył do tyłu. Zielony explorer był nie dalej niż piętnaście metrów od nich.
światła reflektorów tańczyły z każdym metrem, jaki pokonywało auto.
 Dawaj. Henry! Zaraz nas złapie!
Ford był tak blisko, że jego przedni zderzak niemal dotykał gąsienic traktora. Kudavak
spróbował skręcić w lewo. by zajechać ich z przodu, ale Henry'emu Hubbardowi udało się
podjechać tak blisko ściany wąwozu, że Kudavak musiał wcisnąć hamulec i stanąć, inaczej
ryzykowałby zaklinowanie między sno-catem a skałą.
Kudavak spróbował wyprzedzić ich z prawej. Tym razem udało mu się z nimi zrównać i opuścił
szybę w oknie. Byli blisko lodowca, brakowało im niecałe siedemdziesiąt metrów, a podłoże zrobiło
się tak nierówne, że explorer podskakiwał jak dziecięcy wózek na wybojach.
 Stójcie!  wrzeszczał Kudavak.  Dom Martwego Człowieka to teren zamknięty! Jeśli
się nie zatrzymacie, jestem upoważniony do wezwania policji stanowej!
Jim odsunął okienko i odkrzyknął:
 Chcemy tylko rzucić okiem, to wszystko! Nie może nam pan zabronić oglądać!
 Co to znaczy: oglądać?! Po jaką cholerę?!
Jim popatrzył na Jacka, ten jednak tylko się skrzywił. Jim ponownie odwrócił się do Kudavaka
i krzyknął:
 No estoy en casa a Senor Fisgando!
Dotarli do skraju lodowca. Choć niebo gwałtownie ciemniało, w dalszym ciągu w porannym
słońcu jaskrawo świeciła szeroka na półtora kilometra rzeka lodu, powoli pełznąca przez Góry
Smutnego Konia ku odległemu morzu. Sno-cat wspinał się na kawały lodu, leżące przy brzegu pasma
ruchomego jęzora lodowego. Silnik wył, gąsienice wychylały się na boki, kabina bujała się na wszelkie
możliwe strony. Ford Johna Kudavaka wjechał na zbocze pokryte pokruszonymi lodowymi blokami i
niemal przekoziołkował, na szczęście stanął. John Kudavak wysiadł i zaczął się wściekle wydzierać
 Wydaje się wam. że wszystko wam wolno! Myślicie, że możecie zanieczyszczać nasze
morza, wyrzynać nasze zwierzęta i robić z naszych ludzi pijaków i wykolejeńców! Wydaje się
wam, że możecie kwestionować naszą wiarę! Nie możecie! To nasz kraj! Nasz!
Więcej Jim nie usłyszał, bo strażnika przyrody zagłuszył silnik traktora. Sno-cat dotarł do
nieco równiejszego terenu i zaczął przyspieszać. Gąsienice wyrzucały do tyłu chmurę lodowych igieł.
Henry Hubbard opadł na oparcie.
 Jeśli utrzymamy tempo, dotrzemy do Domu Martwego Człowieka jutro w okolicy
południa.
 Jeśli istnieje.
 Istnieje, Jim, istnieje. Wiem, że istnieje. Im bliżej jestem, tym bardziej jestem o
tym przekonany.
Zapadła cisza. Pojazd wytrwale pokonywał lodowiec. Waliło nimi i rzucało o ściany, byli
jednak tak grubo ubrani, że ledwie to zauważali. TD zaczęła miauczeć, więc Jim wypuścił ją z pudła.
Kotka usiadła mu na kolanach tak, by móc wyglądać przez okno. Nie prosiła o nic do jedzenia ani do
picia  siedziała wyprostowana i wpatrywała się w niebo na północy. Stuliła uszy, a Jim miał dziwne
wrażenie, że zwierzę wraca do domu.
Po dłuższym czasie Jack, pokręciwszy się na swoim miejscu, dotknął ramienia ojca.
 Tato... chciałem powiedzieć, że to, co robisz... no wiesz... doceniam to.
 Robię, co należy, to wszystko.
 Nieprawda. Wiem, że nie sprzedałeś mojej duszy złośliwie. Wierzę, że myślałeś, iż
Demon Zimna był halucynacją. Też bym tak myślał.
 Mimo to nie powinienem był tego zrobić.
 To teraz nieważne. Wiem, że nie chciałeś tu za żadne skarby wracać, i wiem, co
tamta przygoda z tobą zrobiła. Odebrała ci dumę, odwagę i wszystko. Wrócić tam. Gdzie
człowiek się boi, wymaga znacznie większej odwagi niż w bezpieczne miejsce, prawda? A kto
potrzebuje być dumnym, jeśli inni są z niego dumni?
Henry Hubbard szybko spojrzał na Jima i Jim dostrzegł w jego oku łzę.
 Próbuję uzmysłowić ci, że wybaczam to, co zrobiłeś. Bez względu na to, co się stanie
tutaj, nawet jeśli... nie znajdziemy Domu Martwego Człowieka. Wiem, że nigdy nie zamierzałeś
mnie skrzywdzić.
Henry Hubbard ujął syna za rękę.
 Dziękuję, Jack  powiedział cichym, ochrypłym głosem.
Potem przez jakiś czas jechali w ciszy. Ciemne chmury zaczęły zasłaniać niebo od zachodu, a
wiatr zwiewał przez lodowiec drobny śnieg. Słońce jeszcze świeciło, Jim byt jednak pewien, że zaraz
zniknie. Miał nadzieję, że zdążą pokonać przed burzą odsłoniętą część lodowca.
 A tak poza tym  spytał Jack  co powiedział pan do Kudavaka? To było po
hiszpańsku?
 No estoy en casa a Senor Fisgando. To znaczy mniej więcej: Nie wtykaj nosa w
nie swoje sprawy. Dokładnie tłumacząc:  Nie ma mnie w domu dla pana Fistaszka".
W ciągu godziny chmury całkowicie zasłoniły niebo i zrobiło się tak ciemno, iż Henry musiał
zapalić umieszczone na dachu sno-cata reflektory. Wiatr wiał coraz silniej, a w końcu osiągnął taką siłę,
że bujał kabiną i wył w gąsienicach jak upiór. Padający śnieg był niezbyt gęsty, ale wirował w stru-
mieniach światła i plaskał głucho o szyby.
Henry odwrócił się i krzyknął:
 Przejechaliśmy prawie połowę! Jeśli nie zacznie mocniej sypać, powinno być dobrze!
Jim wysilał wzrok, wbijał go w zamazany krajobraz. Wydało mu się, że jakieś dziesięć
metrów przed nimi widzi poszarpany cień. przecinający lód pod ostrym skosem.
 Henry! Co jest przed nami?! [ Pobierz całość w formacie PDF ]




 

Powered by WordPress dla [Nie kocha się ojca ani matki ani żony ani dzieca, lecz kocha się przyjemne uczucia, które w nas wzbudzają]. Design by Free WordPress Themes.