[ Pobierz całość w formacie PDF ]

plecami odnalazła klamkę i poło\yła na niej dłoń, gotowa w ka\dej chwili wepchnąć go do
środka. Wyobra\ał sobie, jak bardzo musiała być przestraszona, więc całował ją delikatnie i
tulił do siebie. Potem ujął jej twarz w dłonie i szeptał kojące słowa.
Nagle rozbłysły wszystkie światła.
To, co stało się potem, miał zapamiętać do końca \ycia. Wydarzenia potoczyły się tak
szybko, \e nie zdą\ył się przestraszyć. Najpierw poczuł się zaskoczony, potem przyszło
gorzkie rozczarowanie.
Kiedy zrobiło się jasno, przestali się całować. Hannah czuła, \e człowiek Deboque'a
nie opuścił teatru i teraz tylko czeka, by wykorzystać okazję. Bez chwili wahania popchnęła
Bennetta na drzwi i błyskawicznie obróciła się do niego plecami. Zamachowiec właśnie
wyciągał broń, ale ona była szybsza.
Bennett zauwa\ył mę\czyznę szykującego się do strzału. Z całych sił odepchnął się od
ściany, desperacko próbując zasłonić sobą Hannah. Nie zdą\ył. Nim zdołał jej dosięgnąć,
oddała strzał.
Jak skamieniały patrzył na mę\czyznę osuwającego się bezwładnie na podłogę. Potem
przeniósł wzrok na pistolet, który Hannah trzymała w pogotowiu. Zdziwienie przypłynęło i
odpłynęło niczym fala. Potem nie czuł ju\ nic. Kiedy się odezwał, jego głos był całkiem
beznamiętny.
- W co ty grasz? I po czyjej stronie?
Pierwszy raz w \yciu zabiła człowieka. wiczyła to nieskończoną ilość razy na
szkoleniach, ale dotąd dopisywało jej szczęście. Patrzyła na sztywniejące ciało niedoszłego
zabójcy i na własny pistolet, który wydał jej się dziwnie obcy i śliski. Była blada, ale jej oczy
lśniły niezdrowym blaskiem.
- Wszystko ci wyjaśnię - szepnęła głucho - ale nie w tej chwili, dobrze? - Słysząc
dudnienie kroków na schodach, wzięła się w garść. - Zaufaj mi - dodała du\o pewniejszym
tonem.
- To ciekawa prośba, zwłaszcza po tym, co przed chwilą widziałem. - Odsunął ją na
bok i ruszył w stronę nadbiegających stra\ników.
- Bennett, błagam! - Mocno chwyciła go za rękaw. - Powiem ci wszystko, co wolno
mi powiedzieć. Będziesz mógł to sprawdzić u Reeve'a albo swojego ojca.
- Mojego ojca?
- Dla jego dobra, dla dobra swojej rodziny, odegraj to ze mną do końca! - szepnęła i
nie czekając na jego reakcję, wepchnęła mu do ręki pistolet.
Tak ich zastał Reeve, gdy na czele grupy stra\ników wbiegł na korytarz.
- Ten człowiek chciał zastrzelić księcia. - Hannah nie histeryzowała, ale jej głos dr\ał
z emocji. Mocno oparła się o Bennetta. - Chciał go zabić! Gdyby ksią\ę nie... - Urwała, tuląc
się do jego piersi.
Nie odepchnął jej, ale te\ nie otoczył ramieniem. Ani nie znalazł słów pocieszenia. Po
prostu stał i bez słowa wpatrywał się w Reeve'a.
Ten zaś szybko przyklęknął obok martwego zamachowca, a potem podniósł wzrok na
Bennetta.
- Twoje szczęście, \e jesteś szybki. I celny stwierdził ponuro. - Gdyby zdą\ył wywalić
do ciebie z tej czterdziestki piątki, nie byłoby czego zbierać. Spróbujemy jakoś to zatuszować.
- Jasne. - Bennett ściągnął usta.
- Wracajcie do lo\y - poprosił Reeve. - I nie mówcie o niczym rodzinie. Załatwimy to
w domu. Policja wejdzie tylnym wyjściem.
Bennett zdecydowanym ruchem ręki nakazał stra\nikom zrobić przejście. Hannah po
raz pierwszy była świadkiem jego wyniosłego zachowania.
- Chcę z tobą porozmawiać - rzucił krótko, patrząc Reeve'owi twardo w oczy. - Teraz.
Na osobności.
Nie było sensu się spierać. Reeve od razu zorientował się, \e Bennett widział zbyt
du\o.
- W porządku. Spotkajmy się w gabinecie Eve. Daj mi pięć minut, \ebym się mógł z
tym uporać.
- Niechętnie wskazał ręką zwłoki.
- Masz dziesięć - powiedział Bennett, po czym odwrócił się i odszedł.
- Chcę wracać do pałacu - odezwała się Hannah.
- Nie czuję się dobrze.
- Oczywiście. Wydam ludziom rozkazy i zaraz odprowadzę panią do samochodu -
rzekł Reeve. - Co się stało? - zapytał suchym, słu\bowym tonem, gdy odeszli na tyle daleko,
by nikt nie mógł ich usłyszeć.
Kolana jej dr\ały, ale zapanowała nad nerwami. Krótko zdała mu relację z przebiegu
zdarzeń.
- Co za cholerny pech! - zdenerwował się. - Trudno, jakoś z tego wybrniemy.
Najwa\niejsze, \e historia trzyma się kupy. Bennett ma opinię wyborowego strzelca. Muszę
tylko jakoś go ugłaskać. - Westchnął cię\ko, wiedząc, \e sprawa nie będzie łatwa. - Jutro rano
omówimy szczegóły i przygotujemy wersję, którą przedstawisz Deboque'owi.
- On mi nigdy nie wybaczy - szepnęła.
Reeve domyślił się, \e nie miała na myśli Deboque'a.
- Spokojnie. Bennett nie jest pamiętliwy. Wścieknie się, \e nie został wtajemniczony
w całą sprawę, ale na pewno nie będzie winił za to ciebie. [ Pobierz całość w formacie PDF ]




 

Powered by WordPress dla [Nie kocha się ojca ani matki ani żony ani dzieca, lecz kocha się przyjemne uczucia, które w nas wzbudzają]. Design by Free WordPress Themes.